Dowodzona przez USA tzw. Koalicja do walki z Państwem Islamskim pomoże syryjskim Kurdom-separatystom w utworzeniu straży granicznej, mającej liczyć około 30 tys. pracowników. Około połowę z nich mają stanowić weterani z tzw. Syryjskich Sił Demokratycznych – których główną formację zbrojną stanowi kurdyjskie YPG. Z uwagi na uwarunkowania wojenne w regionie, nowa formacja graniczna będzie silnie zmilitaryzowana, z różnorodnym wyposażeniem bojowym. Jak podaje Reuters, decyzję ogłoszono w ubiegłą niedzielę.
Wiadomo, że już wcześniej rozpoczęto szkolenia dla pierwszej grupy 230 nowych kurdyjskich „pograniczników”. Amerykańskie dowództwo Koalicji przyznało się także, jak widzi pozostałe szczegóły tego planu. Wiadomo, że członkowie formacji mają służyć blisko miejsc, w których mieszkają / z których pochodzą. Kurdowie będą dominować liczebnie na posterunkach granicznych w północnej Syrii, natomiast południowa część granic z Irakiem oraz linia Eufratu, rozgraniczająca obecnie siły rządowe od SDF, będzie obsadzona głównie przez Arabów z miejscowych plemion.
Poparcie USA dla wzmocnienia tzw. Rożawy jeszcze bardziej pogorszyło relacje z Turcją – która postrzega syryjskich Kurdów-separatystów jako przedłużenie Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) – organizacji walczącej z tureckim rządem od trzech dekad, uważanej za terrorystyczną przez Unię Europejską, Turcję i Stany Zjednoczone. Jak wyraził to Ibrahim Kalin, rzecznik prezydenta Erdogana, Waszyngton “podejmuje zasmucające kroki w stronę zalegitymizowania tej organizacji, by mogła przetrwać w szerszym regionie”. Dodał też, że Turcja na pewno nie zaakceptuje tego – „będzie kontynuować walkę przeciwko wszystkim grupom terrorystycznym, niezależnie od ich nazwy czy struktur, zarówno w obrębie własnych granic, jak i poza nimi”.
Oprócz tego, pod koniec grudnia 2017 roku ogłoszono, że nowy twór popierany przez USA – tzw. Północna Armia Syryjska (North Syrian Army), złożona z rebeliantów arabskich – ma również pełnić zadania policji granicznej na części granicy z Turcją.
Wszystko to wzbudziło poruszenie także w Damaszku – jak bowiem wiadomo, posiadanie własnych granic i straży granicznej to jeden z atrybutów państwa. Zaniepokojenie jest tym większe, gdyż w ostatnich tygodniach pojawiły się doniesienia sugerujące, że amerykańskie władze przygotowują się do uznania państwowości kurdyjskiej na terytorium Syrii. Potwierdzają to anonimowe źródła w establishmencie USA, pytane o plany „imperium” wkrótce po tym, gdy Sekretarz Obrony gen. Jim Mattis zapowiedział wysłanie amerykańskich dyplomatów na obszary pod kontrolą SDF, by mogli pracować obok stacjonujących tam od dawna oddziałów amerykańskich.
Pod względem powierzchni, obszar kontrolowany przez SDF jest trzykrotnie większy od Libanu – więc ewentualne powstanie nowego państwa w jego granicach rodziłoby poważne implikacje dla stabilności na Bliskim Wschodzie.
Czyżby kolejne państwo – w tym wypadku Syria – miało paść ofiarą rozbiorów, dokonywanych pod hasłem „wolności i demokracji”?
(na podst. Reuters, Sputnik oprac. M. Mazur)








