Amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson odwiedził w czwartek Liban, rozmawiając z przedstawicielami najwyższych władz kraju. Jak wyjaśnił mediom powód swej wizyty, USA ma rzekomo wspomagać „konstruktywne” rozmowy i przełamanie impasu między Libanem a Izraelem, związanego ze sporem w kwestii zasobów gazu i ropy w przygranicznych wodach między oboma państwami, a także utrzymania spokoju na granicy lądowej. Oprócz tego, problemem dla władz libańskich jest też budowany właśnie izraelski mur na granicy, który wg nich stoi już na terytorium Libanu.
– Ustalmy najpierw, jak powinna przebiegać granica, a później ludzie niech pomyślą, czy potrzebują muru rozgraniczającego obie strony, czy nie – powiedział Tillerson w trakcie wspólnej konferencji prasowej z premierem Saadem Haririm w Bejrucie
– Nie prosiliśmy żadnej ze stron, by cokolwiek poświęcała. Zamiast tego, szukamy wspólnie rozwiązania – dodał. Głos zabrał także szef libańskiego rządu: – Co jest nasze, to nasze, a co należy do Izraela, to ich. Próbujemy znaleźć rozwiązanie sprawiedliwe dla wszystkich stron – powiedział Hariri, tradycyjnie spolegliwy względem USA i skłonny do łagodniejszego traktowania „Izraela” niż prezydent czy część rządu Libanu.
Jednak nawet demoliberalne media zauważają, że to władze syjonistyczne są stroną posuwającą się do wojennych deklaracji w tym sporze. Wrażenie wywarły szczególnie groźby ministra obrony, Avigdora Liebermana – wyjątkowo zajadłego syjonisty, nawet jak na standardy izraelskie.
Warto zauważyć, że przedstawiciele amerykańskich władz już wcześniej próbowali być rozjemcą w tym sporze. Ostatnio aktywny na tym odcinku był David Satterfield, pełniący obowiązki zastępcy sekretarza stanu USA – który towarzyszył swojemu przełożonemu w trakcie wizyty, a wcześniej sam odwiedził granicę libańsko-izraelską. Jednak jego próby „mediacji” skończyły się fiaskiem. Warto zauważyć, że jeszcze przed ich rozpoczęciem dyplomata wykazał się wielkim „kunsztem”, ściągając na siebie niechęć zarówno żydowskich oraz amerykańskich środowisk syjonistycznych, jak i strony arabskiej.
Oprócz tego, sekretarz stanu Tillerson po raz kolejny określił Hezbollah jako „zagrożenie dla bezpieczeństwa Libanu” i wezwał organizację do zaprzestania aktywności militarnej w Syrii, co miałoby rzekomo przyczynić się do deeskalacji napięć w całym regionie:
– Obecność oddziałów Hezbollahu w Syrii jedynie przeciąga rozlew krwi w nieskończoność, zwiększa liczbę niewinnych uchodźców i podtrzymuje barbarzyński reżim Asada […] Ich obecność w Iraku i Jemenie również przyczyniła się do eskalacji przemocy. Zaś konsekwencje zaangażowania Hezbollahu w tak odległe konflikty, które nie mają nic wspólnego z Libanem, są odczuwalne także w jego granicach – powiedział Tillerson w trakcie wspólnej konferencji z libańskim premierem, który, mimo bycia przychylnym USA i Saudyjczykom, umiał dokooptować w szeregi koalicji rządowej również pion polityczny Hezbollahu.
Liczni komentatorzy zauważają z oburzeniem, jak wiele kłamstw zawiera ten fragment wypowiedzi amerykańskiego dyplomaty – i to na wielu poziomach.
Nieco wcześniej tego samego dnia, Tillerson spotkał się z politykami uznawanymi za kluczowych sojuszników Hezbollahu – włącznie z prezydentem gen. Michelem Aounem, ministrem spraw zagranicznych Gibranem Bassilem oraz przewodniczącym parlamentu Nabihem Berrim. Jednak tu poszło mu dużo gorzej, zaś spotkanie z głową libańskiego państwa i otoczeniem stało się kanwą dla licznych żartów i docinków – nie tylko na Bliskim Wschodzie.
Po spotkaniu prezydent powiedział, że poprosił sekretarza stanu o wywarcie nacisków na izraelskie władze, by te zaprzestały naruszania integralności terytorialnej Libanu. Dodał też, że stanowczo odrzuca wszelkie izraelskie roszczenia co do libańskich wód terytorialnych.
Jednak zanim doszło do spotkania, Tillersonowi kazano czekać na libańskiego przywódcę przez kilkanaście minut. W oczy rzucał się także brak amerykańskiej flagi za plecami dyplomaty, a także parę mniejszych szczegółów. Szczególnie jedno zdjęcie, ukazujące czekającego sekretarza stanu sprawiło, że w mediach społecznościowych zaroiło się od żartów:

Jak się okazało, gdy zjawił się prezydent, flagi USA nadal nie było za plecami amerykańskiego sekretarza stanu. Zaś obaj panowie prezentowali dość wymuszone uśmiechy:

Kancelaria prezydenta zaprzeczyła, jakoby strona libańska uczyniła jakieś odstępstwo od protokołu dyplomatycznego – Rafik Chalala, przewodniczący prezydenckiej komórki ds. kontaktów z mediami, powiedział, że Tillerson przybył nieco wcześniej niż uzgadniano, zaś spotkanie zaczęło się o planowanej porze. Wskazał też na wpis sekretarza stanu w prezydenckiej księdze pamiątkowej, w którym podziękował on za „ciepłe powitanie”.
Ciekawie było również na spotkaniu Tillersona z Berrim, przewodniczącym libańskiego parlamentu, znanym z poparcia dla Hezbollahu. Gdy jeden z fotoreporterów zasugerował, by obaj panowie podali sobie ręce, Berri uśmiechał się i odpowiedział: „Ale po co wam to potrzebne?” Następnie obdarzył sekretarza Tillersona wymownym, rozbawionym spojrzeniem.
Tillerson jest najwyższym rangą przedstawicielem administracji prezydenta Trumpa, który odwiedził Liban, a także pierwszym od czterech lat amerykańskim sekretarzem stanu, który przybył na terytorium tego państwa. Jego wizyta miała miejsce w okresie kolejnej eskalacji wysiłków USA, by powstrzymać rosnące wpływy Iranu na Bliskim Wschodzie, a także nowych sankcji nałożonych na Hezbollah.
(na podst. abcnews.go.com oprac. M. Mazur)
Komentarz Redakcji: Warto zauważyć, że podobnych „zgrzytów” nie było w trakcie wizyty premiera Morawieckiego w Libanie, która miała miejsce w tym samym tygodniu. Przeciwnie, został on godnie podjęty, a polską pomoc humanitarną pochwalono za wysoką skuteczność. Natomiast spotkanie premiera RP z prezydentem Aounem wyglądało tak:









Jeden komentarz