Konrad Rękas: Patrz, Kościuszko…

Oczywiście, że nie popieram demolowania sklepów, choć wiem, że za zniszczenia i rabunek płacą ubezpieczalnie ze składek, które zwłaszcza w amerykańskich czarnych gettach są na taką okoliczność odpowiednio wysokie. Nie uważam też, że podróże i poznawanie świata oduczają rasizmu, przeciwnie – jestem wręcz pewien, że uczą nie znosić ras i nacji, które wcześniej nie przychodziły do głowy lub były obojętne. Łączę się też w niechęci do Antify i George’a Sorosa. Niemniej jako Polak serdecznie cieszę się widząc rozróby na ulicach amerykańskich miast i ktokolwiek by ich nie wszczynał – krzyczę doń: śmielej! ŚMIELEJ!

Przyczyna jest banalnie prosta: wszystko, co absorbuje i zajmuje władze w Waszyngtonie, czy to zamieszki, czy „lewactwo”, czy najazd kosmitów – pozwala odetchnąć reszcie świata od amerykańskiego imperializmu.  Tak, że sorry, Winnetou...

Podzieleni, ale równi

Jasne, spora część środowisk prawicowych, nawet tych nie pałających szczególną miłością do Wielkiego Amerykańskiego Brata i doskonale rozumiejących listę naszych z nim rachunków (wspieranie roszczeń syjonistycznych wobec Polski, upokarzanie władz państwowych przez amerykańską namiestniczkę w Warszawie, rosnące koszty umów energetycznych i utrzymywania US Army na naszym terytorium) – ma problem z wyjściem poza schemat „No ale to lewacy i w dodatku kolorowi…”. W najlepszym zaś razie w ogóle zaprzecza się rasizmowi w Stanach, co zabawnie łączy grupy prawych i lewych dyskutantów. Pierwsi upierają się, że nie chodzi im o żadnych murzynów, więc nie ma mowy o żadnym rasizmie „bo przecież są też czarni sklepikarze!”. Z kolei lewica jest wszak genetycznie ślepa na wszelkie realne problemy etniczne i rasowe, a więc może zżymać się na rasizm – byle tylko ten biały, w tym objawiany w polskim internecie. Tymczasem obie strony nie mają racji.

Po pierwsze jasnym jest, że do rozruchów w Ameryce doszło na tle rasowym – bo też biały policjant na białym podejrzanym nie klęczałby sobie tak niefrasobliwie, jak to się przydarzyło z nieszczęsnym Georgem Floydem. Niech więc prawica się nie wypiera, że murzynów nie lubi, bo przecież wiadomo, że tak jest. I jest to zresztą zupełnie naturalne. Z kolei lewica również mogłaby się przestać krygować – bo wszak obok białego rasizmu istnieje kto wie czy nie silniejszy, a w każdym razie lepiej zorganizowany rasizm czarny, dumnie niosący tradycję Czarnych Panter, Malcolma X, a dziś zwłaszcza Narodu Islamu. Działaczy tej ostatniej organizacji miałem przyjemność poznać podczas wspólnych konferencji antysyjonistycznych w Iranie i Iraku i z uznaniem muszę stwierdzić, że nie byłoby dla nich gorszej obrazy niż demonstracyjne ignorowanie ich koloru skóry albo upieranie się, że „powinni być traktowani jak biali”. Przeciwnie – oni mieli pełną, dojrzałość swej inności i byli z niej bardzo dumni. I to właśnie tworzy podstawy porozumienia czy przynajmniej wspólnego celu wszystkich środowisk wrogich syjonistycznemu rządowi USA. Tak prawica, jak i lewica winny więc pamiętać, że w Ameryce nie powstanie żadne „państwo szczęśliwych murzynów” – jeśli nie będzie mu obok towarzyszyć „kraj zadowolonych białych segregacjonistów”. Skoro ich nie ma co uczyć, by sobie żyli jak owieczki – to tym bardziej nie ma sensu zawracać głów Polakom. Podzieleni, ale równi – tak to chyba leciało?

Myśleć politycznie

Inaczej mówiąc – czy byłoby z korzyścią dla świata (w tym i dla Polaków), gdyby kiedyś w USA wybuchła rewolucja? To chyba oczywiste, że tak. Już nie mówiąc o zwycięstwie, ale gdyby tylko wybuchła! A byłoby mniej fajnie, gdyby jednym z jej podłoży były kwestie rasowe/klasowe*? No właśnie. To nie ma co wybrzydzać. Problem bowiem nie w murzynosceptyzmie Polaków, który nie ma szansy zblednąć choćby w efekcie polskiej emigracji zarobkowej i realnego zetknięcia z innymi rasami. Gorszą wadą jest nieumiejętność myślenia politycznego, objawiająca się ślepym potępianiem rozruchów i solidaryzowanie się akurat z amerykańskimi klasami posiadającymi i tamtejszym establishmentem politycznym, czyli grupami, których interesy pozostają rażąco sprzeczne z polskimi.

Po prostu – dla Polski jest lepiej, gdy Stany Zjednoczone zajmują się swoimi sprawami wewnętrznymi, a zatem demolowanie amerykańskich miast również jest w polskim interesie. A rasistami (czy „rasistami”) możemy być sobie poza tym i prywatnie. Polaków nie ma zatem sensu oduczać, ani nauczać jakiegoś specjalnego stosunku do innych ras – natomiast zawsze warto popularyzować elementarne myślenie polityczne.

Jasne też, że nie ma miejsca na złudzenia. System polityczny USA jest zbyt dokładnie domknięty, by dało się go rozwalić zdemolowaniem choćby i wszystkich tamtejszych sklepów. Niemniej, gdyby to akurat murzyńskiemu lumpenproletariatowi udało się wybić choć jedną cegłę z tego globalnego więzienia – to należałoby im podać młotek.

I potrzymać telewizor…

A że przy tym Ameryka uznaje Antifę za organizację terrorystyczną, a Antifa Amerykę za faszystowską? To co, zwłaszcza, że, niestety, obie strony nie mają racji… Bo już prędzej jest odwrotnie – a najlepiej byłoby pozbyć się i zawodowych antyfaszystów na usługach plutokracji, i światowego plutokracji centrum, czyli Wall Street z przyległościami. A na razie niech się chociaż żrą ze sobą. To tylko osy na pokrzywach.

Rachunek za pomnik

Oczywiście też, jest jednak jeszcze jeden aspekt. Sam najgłośniej bym klaskał, gdyby otworzyła się ziemia i na miejscu np. Kalifornii powstał największy wulkan świata. Sęk w tym, że najdalej następnego dnia rachunek za usługi wulkaniczne otrzymałaby… Polska i pozostali słudzy USA. I co gorsza – skwapliwie by uregulowała, zapewne z naddatkiem… Jeśliby więc Amerykę miał dotknąć jakiś kataklizm czy kryzys – to oby był on ostateczny. Te cząstkowe szczególnie kosztowne okażą się bowiem dla peryferiów Imperium – takich jak III RP…

Widzimy to zresztą w związku z kwestią pomnika Kościuszki. Na tej bazie próbuje dodatkowo podkręcać w Polsce poparcie dla Ameryki w jej pacyfikowaniu własnych obywateli. Cóż, można by nieco sarkastycznie zauważyć, że ci oburzeni tą dewastacją powinni teraz wspomnieć co sami głosili, gdy w III RP niszczono monumenty sowieckie, a co gorsza także te upamiętniające polskich kombatantów – no, ale wiadomo, że takiej reakcji ni refleksji nie będzie. Dalej, wskazane byłoby z całą pewnością domaganie się, by polskie czynniki oficjalne wezwały władze amerykańskie do przeprosin za ten akt wandalizmu. Tak się przecież robi w podobnych sytuacjach, prawda?

Tym bardziej, że faktycznie winne dewastacji pomnika Kościuszki są władze amerykańskie, które doprowadziły swoich czarnoskórych obywateli do stanu skrajnego oburzenia. To administracja amerykańska powinna więc ten monument odnowić, za własne pieniądze. Zamiast tego jednak już się zaczęły popisy kto w III RP ma mniej narodowej i ludzkiej godności… Pchanie się prezydenta Warszawy, by Waszyngton wyręczać – to kolejny dowód upodlenia i serwilizmu klasy politycznej w Polsce, już pomijając, że wydatkując w ten sposób p. Trzaskowski złamałby prawo i naruszył dyscyplinę budżetową miasta, którym ślubował uczciwie i rzetelnie zarządzać. Furda to jednak, gdy ma okazję wypiąć pośladki i zakrzyknąć, że będzie jeszcze bardziej lokajski wobec Waszyngtonu niż obecny prezydent RP (a przyznajmy, niełatwa to sztuka…).

Kompromitacji różnych środowisk mamy zresztą na kanwie zajść w Ameryce więcej. Niczego sensownego jak zwykle nie ma w tej sprawie do powiedzenia Krzysztof Bosak, z kolei biedni razemici zrezygnowali z zapalenia zniczy pod ambasadą amerykańską, bo pan policjant powiedział, że nienada, „bo to zaśmiecanie„. Cóż to za ewolucja lewicy, skądinąd! „Niestety, nie udało się zrobić rewolucji, bo nie chciałem dostać mandatu za złe zachowanie w Ermitażu” – Włodzimierz L., pragnący zachować anonimowość członek piotrogrodzkiego oddziału partii Razem…

A przecież, jak wspomniano wyżej, rzecz nie w tym ani jak bardzo lubimy/nie lubimy murzynów, ani też w byciu czy nie byciu rasistą. Krótko – Helter Skelter czy Rahowa, wszystko jedno. Byle Amerykę trzymać zajętą i jak najdalej od reszty świata. W tym i od nas.

Konrad Rękas

 

A. Dugin: Podstawy geopolityki

6 komentarzy

Leave a Reply