Najpierw powiedziano nam, że o chodzi o George’a Floyda. Potem, że o prawa mniejszości etnicznych. Następnie zaczęliśmy się martwić o telewizory wynoszone z amerykańskich sklepów, by ostatecznie zobaczyć pomniki imperium Zachodu zrzucane do rzek. Mamy gubić się w dyskusjach o rasach, próbować przypominać wagę problemów socjalnych – i zgubić dwa, najważniejsze elementy. Po pierwsze – że trwa wojna o świadomość. Po drugie – że przybiera ona właśnie formę nowej wojny o źródła i nośniki. Wojny o nowe źródła i nośniki.
Gry internetowe
Ciekawostką ostatniej fali zamieszek i konfliktu wewnętrznego w USA jest to, że mamy do czynienia z ewidentnym starciem dwóch ośrodków na pewnych płaszczyznach rywalizujących o pozycję centrum kierowniczego świata zachodniego. Po raz kolejny blok nazywany umownie sektorem wojenno-przemysłowym (tym bardziej zachowawczym w treściach, tradycyjnie anty-chińskim) z twarzą Donalda Trumpa – znalazł się w defensywie w partii rozgrywanej pionkami na ulicach, a także szumem dezinformacyjnym w mediach i na platformach społecznościowych przeciw blokowi finansowemu (orientowanemu na pogłębienie i przyspieszenie dotychczasowej ścieżki globalizacji, postępowe hasła ideologiczne i anty-rosyjskość), za którego uosobienie uchodzi umownie George Soros.
Że nie chodzi ani o George’a Floyda, ani o tę parę telewizorów – to już właściwie przyznają niemal wszyscy, z obu stron rozgrywki. Obok kryterium ulicznego jesteśmy wszak także świadkami zaognienia nowej wojny o zasoby – te dziś najważniejsze: (dez)informację, rząd nad internetem, prawo do jego cenzurowania i dostęp do największego rynku na świecie, w którym towarem są sami odbiorcy/uczestnicy sieci. Ta walka toczy się w Stanach, których Trump podpisując nowy Executive Order on Preventing Online Censorship, ale i w Europie i na całym świecie, gdzie własną formę cenzury (między innymi dla rosyjskiego SPUTNIKA, chińskiej XINHUA i irańskiej PRESS TV) wprowadza właśnie Mark Zuckerberg, którego imperium FB kojarzone jest z szeroko rozumianym kręgiem globalizacyjnym. Epizodem tej samej walki jest usunięcie przez TWITTER kont uznanych za winne popierania Recepa Erdoğana.
Kto kontroluje przeszłość…
I żebyśmy to jasno i dokładnie widzieli – nie mamy do czynienia z konfrontacją czy sieć ma wolna czy cenzurowana, tylko KTO MA TO ROBIĆ. Który ośrodek zdobędzie przewagę. Jest to także, a może przede wszystkim wojna o świadomość. Bardziej niż banalne byłoby dziś przywoływanie sloganu George’a Orwella (który sam, skądinąd, był przecież agentem zupełnie realnej policji myśli: „Who controls the past – controls the future: who controls the present – controls the past”. Fakty są jednak takie, że z błahej w sumie w perspektywie ostatnich sześciu dekad sprawy kolejnego zabójstwa kolejnego czarnoskórego obywatela USA – wywiedziono ogólnoświatową akcję weryfikacji historii. Akcję przerażającą dla wszystkich historię tę znających, dla mieszkańców obszarów dawnego Bloku Wschodniego dodatkowo poruszającą czułą stronę poprzedniego niszczenia pomników, tych nazywanych komunistycznymi – ale też interesującą, jeśli chodzi o zamierzony efekt. Jeśli bowiem rzeczywiście – anihilacji miałyby ulec wszelkie ślady białego rasizmu i kolonializmu, to jakie zostałyby dowody zbrodni brytyjskich, belgijskich i innych imperialistów? Kto udowodni następnym pokoleniom, że niewolnictwo nie było takim samym wymysłem, jak przygody Harry’ego Pottera, a wojna secesyjna nie zdarzyła się w odległej galaktyce?
I odwrotnie – pandemia COVID-19 to przecież żywe ucieleśnienie snu Kubricka, zmultiplikowana inscenizacja lądowania na Księżycu, to Hollywood w wersji live i reality show zarazem! Skoro światowemu sektorowi finansowemu udało się zainscenizować coś tak ogromnego i kosztownego zarazem – to nie ma już żadnych przeciwskazań raz, by ten sam mechanizm powtórzyć np. pod straszakiem zagrożenia ekologicznego (przećwiczenie uziemienia lotów pasażerskich i transportu samochodowego świadczą, że mógł to być jeden z badanych kierunków), a dwa – by ludzie nie byli pewni czy za granicą ich kraju naprawdę nie mieszkają dinozaury.
Pióra ze skrzydeł
Przez sześć tysięcy lat, od wynalezienia koła – miernikiem postępu ludzkości był ruch, zdolność przemieszczania się. Jest coś… sprawiedliwego w fakcie, że czasy ostateczne, w których jak się wydaje żyjemy – zmierzają do całkowitego unieruchomienia ludzkości. Nieprzypadkowo, choć od co najmniej kilku dekad, jeśli nie od lat 100 wypatruje się postępu technicznego na dawną miarę: indywidualnych skrzydeł, latających samochodów, teleportacji nawet, podboju Kosmosu – rzeczywisty… ruch odbywa się w stronę przeciwną. Nieprzypadkowo słowo komunikacja oznacza zarówno transport właściwy, jak i przesył informacji. Co najmniej od rozszerzenia internetu, jeśli nie od upowszechnienia się komputerów osobistych ludzkość sama wyrywa sobie pióra ze skrzydeł, chce tkwić w miejscu, ale nie w dawnym, bezpiecznym, lokalnym, wspólnotowym sensie, ale w skrajnym indywidualizmie połączonym z ekstremalną podatnością na zewnętrzny imprinting. Dystopijne wizje bezwolnych worków skórnych podłączonych do systemów informatycznych niebezpiecznie zbliżają się jako przyszłość ludzkiej rasy.
I właśnie ta walka przyspiesza na naszych oczach. Z jednej strony zostaliśmy jeszcze bardziej niż do tej pory przykuci do komputerów, bankowości internetowej, zamknięci i izolowani. Równocześnie zniszczeniu ulegają ślady kultury materialnej, który mogłyby przynajmniej chcących naprowadzić na ślad, że istniała kiedyś jakaś inna rzeczywistość. I wreszcie na poziomie decyzyjnym trwa wojna – prawdziwa, światowa i bezwzględna wojna o zasoby, o źródła i narzędzia władzy i kontroli. I jedynym plusem (?) pozostaje, że konfliktu tego przedmiotem pozostaje tym razem nie nasze życie, ale tylko (?) świadomość, a więc coś, co kiedy stracimy – nie będziemy pamiętać, żeśmy posiadali…
Konrad Rękas
Świat w ogniu wojny. Doktryny, idee i konflikty zbrojne w publicystyce Xportalu








2 komentarze