Konrad Rękas: Ani jeden, ani drugi. Tylko Polska!

Naprawdę, po żenującym spektaklu tych solowych występów brzmiących jak z playbacku (nazwanych nie wiedzieć czemu debatami) – komuś się jeszcze chce ruszyć i oddać głos na jednego z tych dwóch dybuków?

Zresztą, przepraszam, ale niech mi ktoś w ogóle wytłumaczy – jak można:

– przez lata widzieć fałszywość, fikcyjność rzekomego sporu POPiSu,

– wzruszać ramionami na grubymi nićmi szyte wrzuty kolejnej żałosnej kampanii pseudo-wyborczej,

…a na koniec radośnie ogłosić coś tak bezgranicznie głupiego, jak „dokonanie cywilizacyjnego wyboru między PiS a PO” i opowiedzieć się po którejś ze stron (?) tego kabaretu „z powodów ideowych„.

Przecież to trzeba chyba było własny mózg lockdownowi poddać!

Formacja Kaczyńskiego i Ziobry nie może być naprawdę przeciw LGBT. Po prostu – nie może…

Przecież nawet kwestia rzekomo tak kluczowa w tej pseudo-kampanii, jak wmawiany nam bój „wartości rodzinnych i chrześcijańskich przeciw gendryzmem” – to fałsz.  Zrozummy, wszak ani PiS w jedną, ani PO w drugą nie naruszyły tzw. kompromisu aborcyjnego (tfu…!) – bo sondaże wykazują, że większość społeczeństwa tego nie chce. Analogicznie, na razie nie ma bieżącego zagrożenia bardziej agresywnymi formami gendryzmu – bo zrażają one wyborców. Gdy natomiast pod wpływem płynącej z Zachodu zmiany świadomościowej (przeciw której ani PiS, ani PO wszak nie oponują) zmieni się nastawienie Polaków – wówczas tak PiS, jak i PO posłusznie wprowadzą choćby i pełnowymiarową agendę LGBT.

Jedynym czynnikiem, który kazałby A. Dudzie nie cieszyć się ze ślubu udzielanego J. Kaczyńskiemu z Z. Ziobro, adoptującym J. Gowina – byłby fakt, że nie lubi Ziobry. Jedyną metodą przeciwdziałania gendryzacji Polski – byłoby więc jej odcięcie od Zachodu, a nie „wybieranie” między Dudą a Trzaskowskim!

Patrząc na kolejne osoby i środowiska wciągane w wir tego bezmyślnego kołowrotka, mimochodem przypominam, że roszczeniowo-wymuszająco-oburzona postawa PiS wobec II tury – nie jest właściwie niczym nowym. Wszak jednym z elementów konstytuujących fałszywy patriotyzm tej partii – jest opowieść o „nocy teczek”, a jednym z najśmieszniejszych elementów legendy 4. czerwca ’92 – jest pomstowanie na KPN za głosowanie przeciw rządowi J. Olszewskiego. Czyli krytykowano i krytykuje się do dziś rytualnie partię, która była wobec tego rządu w konsekwentnej, PROGRAMOWEJ opozycji, której projekty ustaw były przez rząd i jego zaplecze nieodmiennie odrzucane, która wreszcie i przede wszystkim miała całkowicie odmienną koncepcję polityki gospodarczej niż ci nieudolni naśladowcy L. Balcerowicza. Furda to wszystko, jak L. Moczulski i jego ludzie mogli nie poprzeć Pana Jana?! No i gadaj z takimi, którzy twardo wierzą (?), że popieranie ich – to najświętszy patriotyczny obowiązek, choćby nie wiadomo jak źle rządzili…

I temu szantażowi na poziomie przedszkola ewidentnie ulegają osoby nawet inteligentne i pozornie niezdziecinniałe.

Głosujmy tylko wtedy, kiedy warto. 12. lipca nie warto…

Ja sam ostatni raz na II turę poszedłem w 1995 r. Od tamtej pory ani razu nie wydarzyło się nic, żebym musiał się fatygować ponownym głosowaniem w tych samych wyborach. Wówczas jednak Polacy faktycznie stawali przed wyborem. Przy wszystkich swoich wadach i słabościach – Lech Wałęsa usiłował przynajmniej formułować alternatywne programy geopolityczne dla Polski, inne niż tylko bezwarunkowe podporządkowanie dyktatowi Zachodu. Umiał pragmatycznie rozmawiać z Rosją, jak i nie spieszył się do NATO. Stojący przeciw niemu Aleksander Kwaśniewski był kandydatem kompradorów, niedoszłych oligarchów, wykonujących w Polsce zlecenia zachodniego kapitału. Reprezentował program serwilizmu wobec Zachodu, nadgorliwości atlantyckiej i demonstracyjnego zapewniania, że „nowa lewica” nigdy, przenigdy nie chce być już kojarzona z żadnymi rozmowami z Rosjanami, choćby Polsce najpotrzebniejszymi. Wybór był więc zupełnie prosty, zwłaszcza, że wokół Wałęsy zgromadziło się wówczas to, co najlepsze na polskiej prawicy, bez tej mierzwy Kaczyńskich, Olszewskich i innej agentury – zaś zapleczem Kwaśniewskiego była zgraja liberałów, cynicznie wykorzystujących naiwny, lewicowy elektorat. Dlatego właśnie głosując w I turze na Andrzeja Leppera – 19. listopada 1995 r swój głos oddałem z całym przekonaniem na Lecha Wałęsę.

Obecne wybory w niczym jednak nie przypominają tamtych sprzed ćwierćwiecza. Obecni kandydaci nie różnią się niczym istotnym. Obaj są jednakowo służalczy wobec Zachodu, obaj mierni intelektualnie i żadni osobowościowo, obaj reprezentują siły oszukujące Polaków, bo nie będące tym, czym się im wydają. Głos na któregokolwiek z nich nie ma żadnego z sensu, w każdym razie nie z programowego i ideowego punktu widzenia. Tak jak nie miało w swoim czasie większego znaczenia czy prezydentem RP zostanie Lech Kaczyński, czy Donald Tusk – tak i dziś nie ma sensy wchodzić między ich żałosne cienie.

Prawdziwy wybór w Polsce pojawi się dopiero wtedy, gdy sami go stworzymy, a ostatni PiS-owiec zadusi własnymi wywleczonymi jelitami ostatniego PO-wca. Polacy zaś, zamiast brać udział w żenujących pseudo-wyborach – będą mogli wreszcie posprzątać we własnym kraju.

Konrad Rękas

 

Mieliśmy swój dom, w którym byliśmy szczęśliwi… Konflikty etniczne na terytorium byłej Jugosławii

2 komentarze

Leave a Reply