Tak jak trudno było sobie wyobrazić wybranie Donalda Trumpa prezydentem USA – tak dziś niemal nie sposób wyobrazić sobie świat bez niego. Cztery lata temu niemal nikt nie wierzył najpierw w zdobycie przez niego nominacji Republikanów, a potem w wygraną wyborczą, zwłaszcza po debatach z Hillary Clinton, w których ta wykazała się pełnym profesjonalizmem typowym dla waszyngtońskich elit, zaś sam D. Trump bredził coś bez składu i ładu. Tymczasem wówczas okazało się, jak bardzo amerykańscy wyborcy mieli dość gładkich słówek polityków i nawet tak nieudana podróbka „kandydata anty-establishmentowego” jak rudowłosy hochsztapler finansowy – znalazła poklask pogrążonego w głębokim kryzysie świadomościowym i cywilizacyjnym społeczeństwa amerykańskiego.
Prezydent schyłkowego mocarstwa
Wybór Donalda Trumpa i porażka powszechnie nielubianej także przez opinię międzynarodową H. Clinton, kojarzonej z najgorszymi, pro-wojennymi tendencjami polityki USA – z miejsca niemal wzbudziła irracjonalne poparcie wielu ośrodków połączonych nadzieją na rezygnację Waszyngtonu z globalnej hegemonii. Nie trzeba było jednak być szczególnie bacznym obserwatorem, by nadzieje te uznać od razu za płonne. D. Trump faktycznie reprezentuje wprawdzie tę część amerykańskiego kompleksu wojenno-przemysłowego, który bardziej jest zainteresowany odbudową własnego rynku niż globalną ekspansją finansową – jednak nie wpływa to bynajmniej na zmniejszenie opresyjności amerykańskiego imperializmu, a jedynie na zmianę kierunków jego zainteresowań. Co do reszty – D. Trump robi przecież tylko to, co obiecał: okazał się być „najlepszym przyjacielem Izraela” spośród dotychczasowych prezydentów USA, zaś terrorystą jest nie mniejszym od poprzedników, czego dowodził choćby mordując generała Kasema Solejmaniego. Powstrzymanie od ataku na Iran i ucieczkę Amerykanów z Syrii spowodowane zostały tylko zdecydowanym i proporcjonalnym odwetowym uderzeniem irańskim w odpowiedzi na tę zbrodnię, podobnie jak napad na Koreę Północną udaremnił tylko zrealizowany z powodzeniem koreański program atomowy. D. Trump lubi opowiadać, jak to jest tym jedynym prezydentem USA, który nie wywołał żadnej nowej wojny – jednak przecież nie dlatego, że nie chciał, tylko ze względu na kurczący się coraz szybciej potencjał i możliwości amerykańskie.
Sztuczki przestają działać
Amerykańscy prezydenci lubią starać się o re-elekcję występując w aurze przywódców pokoju, w istocie jednak D. Trump nie ma się czym chwalić. Jego prezydentura okazała się pasmem porażek, jeśli nie liczyć zniewag i wymuszeń finansowych wyrządzanych coraz brutalniej tak zwanym sojusznikom, a w istocie wasalom Ameryki. To już jednak ostatnie pieniądze, jakie USA może ściągać ze świata, a pastwienie się nad kraikami takimi jak Serbia, Polska czy Rumunia – potwierdza tylko słabość Waszyngtonu. Tradycyjne sztuczki gospodarcze Republikanów – jak zwykle przynoszą korzyści jedynie wielkiemu kapitałowi i co najwyżej wyższej klasie średniej, bez obiecywanego podzielenia się sukcesem. Pozycja D. Trumpa słabnie lawinowo, a sondaże dają już nawet 10-procentową przewagę jego demokratycznemu rywalowi. Tym bardziej więcej obecny prezydent musi liczyć na cud – i efekty z powodzeniem aplikowanej Amerykanom od kilku dekad strategii alienacyjno-polaryzacynej. W tym sensie amerykańskie wybory – mają znowu zamienić się w plebiscyt.
Żółte Niebezpieczeństwo
Po pierwsze – D. Trump używa sprawdzonej argumentacji geopolitycznej. Choć według wszelkich badań sprawy międzynarodowe znajdują się pod koniec listy zainteresowań samych wyborców, to jednak tradycyjnie są głównym elementem kolejnych kampanii wyborczych. W bardzo szczególnym jednak, amerykańskim sensie. Chodzi przede wszystkim o jasne określanie wroga, przedmiotu nienawiści, na którego można by przekierować frustrację Amerykanów. W ostatnich kampaniach – doszedł także element bezpośrednich oskarżeń. Tak jak po 2016 r. liberalne media zapewniały, że za wyborem D. Trumpa stała Rosja – tak dziś to prezydent upiera się, że Joe Biden to „krypto-agent Chińczyków”. Kampania D. Trumpa wygląda i chyba nawet jest początkiem kampanii wojennej – nie tylko przeciw Chinom, ale i Iranowi, być może Turcji. To zapowiedź być może ostatniego zrywu śmiertelnie rannego amerykańskiego potwora, który jednak może być tym bardziej niebezpieczny. W tym też sensie potencjalna re-elekcja obecnego prezydenta – to śmiertelna pułapka na wszystkich Amerykanów.
COVID, BLM, Antifa…
Po drugie – D. Trump widzi swoją szansę w rozegraniu sprawy COVID-a. Administracja prezydencka całą winę za kryzys zrzuca na demokratyczne władze lokalne, forsujące lockdown. Prezydent demonstrujący swoją tężyznę w starciu z wirusem jest wprawdzie żałosny – ale przecież to jak z debatami, im bardziej kretyńsko w nich wypada, tym bardziej staje się ludzki w oczach własnego elektoratu. Ten przestaje w nim widzieć złodziejskiego miliardera, od zawsze stanowiącego część skorumpowanego establismentu, a zaczyna znowu wierzyć, że to swój chłop, inny od tych bubków z Waszyngtonu. I na to właśnie musi liczyć D. Trump – na powtórną mobilizację tych dotąd wyalienowanych, nie liczących się w sondażach.
Pomóc ma w tym także trzeci element jego kampanii, obliczony na przerażenie amerykańskiej niższej klasy średniej zamieszkami Black Lives Matter. Stąd właśnie powszechne starszenie Antifą i potęgowanie wzajemnej wrogości różnych odłamów tego i tak już skołowanego i zdezorientowanego, spolaryzowanego społeczeństwa. Zamienione w chaotyczne pyskówki debaty D. Trump – J. Biden znakomicie wpisują się we wszystkie te scenariusze razem wzięte.
Kasyno zawsze wygrywa
Wciąż jeszcze nie można uznać tych wyborów za rozstrzygnięte, D. Trump, choć boryka się z opozycją nawet we własnej partii – walczyć będzie do końca. Ewentualna zmiana w Białym Domu oznaczałaby ponowną mobilizację globalnego obozu demoliberalnego, dążącego do rządu światowego jako reprezentacji bezpośrednich rządów finansjery. Drogą do jego uzyskania miałaby być m.in. ponowne wchłonięcie Rosji, nawet pod groźbą wojny. D. Trump to międzynarodowy pirat w pseudo-reakcyjnym stylu, jego filibustierka oparte jest na dążenie do zdobycia szybkich łupów, zaś agresja przeciw Chinom motywowana jest tak ich konkurencyjnością wobec coraz mniej wydolnego amerykańskiego przemysłu, jak i dojmujący strach amerykańskiej finansjery przed zastąpieniem przez niemal już równie potężny kapitał chiński. I wreszcie D. Trump wie, że będąc tak słabym – musi bezwarunkowo poddać się interesom syjonistycznym, a zatem musi wydać bezwzględną walkę szyickiemu półksiężycowi na Bliskim Wschodzie i będącemu lwem Islamu Iranem. O ile więc J. Biden byłby po staremu prezydentem świata na usługach korporacji – o tyle D. Trump jest gotów świat ten podpalić, by i tak na koniec złożyć w ofierze temu samemu korporacyjnemu kapitalizmowi.
Polski kompleks Puerto Rico
Amerykańskie wybory prezydenckie pozostają nieodmiennie rodzajem polskiego sportu narodowego, wyjątkowo zresztą żałosnego, potwierdzającego jedynie nasze narodowe kompleksy i usłużne odnajdywanie się tzw. elit III RP w pozycji służebnej wobec USA. Niestety, jest to już pewna tradycja ostatnich kilku dekad. W swoim czasie ambasada amerykańska w Warszawie urządzała nawet specjalną imprezę z okazji wieczoru wyborczego, na którą spraszała polityków i celebrytów, dając im kartki do głosowania i pozwalając bawić się w głosowanie na prezydenta Stanów. I od prawa do lewa, od posłów po szansonistki i prezenterów – establiszmencik kolonii maszerował wesoło się bawić w Amerykanów, dopełniając tylko polskiego kompleksu Puerto Rico…
Gdyby taki szoł dla ubogich (duchem i polskością) powtórzyć dzisiaj – wspólne marzenia i grupy administrującej polską kolonią, i tych uważających się za prawicową opozycję byłyby niemal na pewno zgodnie przy D. Trumpie. Mimo, a może właśnie w związku z całą serią upokorzeń, jakie regularnie serwuje on swym polskim fanom. Tymczasem w istocie, poza może infantylnym koncentrowaniem się na kompletnie wydumanym sprawianiu „bólu d… lewakom” – nie ma żadnych powodów, by akurat z obecnym prezydentem wiązać jakiekolwiek polskie nadzieje czy to geopolityczne, czy nawet wewnątrzpolitycznej natury.
Klęska Trumpa byłaby korzyścią dla Polski
Na płaszczyźnie międzynarodowej re-elekcja D. Trumpa oznacza bowiem dla Polski dalszą marginalizację, ta zaś mogłaby być korzystna tylko, gdybyśmy byli w sytuacji tuż sprzed rozbiorów, a zatem już mając świadomy celów narodowych polski rząd, potrzebujący tylko braku zainteresowania mocarstw by przeprowadzić konieczne wzmocnienie państwa. W okolicznościach, gdy III RP jest raczej naroślą wysysającą wszystkie siły i uniemożliwiającą jakąkolwiek sensowną reorganizację – petryfikacja obecnego systemu równa się rozłożonemu w czasie samobójstwu. I przeciwnie, znalezienie się znów na linii amerykańsko-rosyjskiego zgniotu jest wprawdzie szalenie ryzykowne – zostawia jednak Polsce przynajmniej nadzieję wypadnięcia poza strefę wpływów USA, która w przypadku kontynuacji trumpizmu mogłaby zostać jedynie wzmocniona przez jakieś antyeuropejskie eksperymenty organizacyjne w rodzaju Trójmorza czy innej formy bezpośredniej organizacji wschodnioeuropejskiego lokajstwa Ameryki.
Żadnych nadziei nie można też wiązać z trumpizmem jako pozorem ideologii. Gdyby polityka rzekomego republikańskiego paleokonserwatysty miała komuś otworzyć oczy na fakt, że podległość USA ZAWSZE niesie ze sobą w pakiecie pełne spektrum światopoglądu liberalnego, włącznie z gendryzmem i pełnowymiarową demoralizacją – to już by się to stało. Sam D. Trump zwinął już zresztą dawno jakikolwiek swój sprzeciw wobec tęczowej platfomy (od początku zresztą będący tylko mrugnięciem do bardziej obyczajowo zakutych wyborców redneckowych). W walce o re-elekcję tak jak stara się więc być maksymalnie pro-syjonistyczny, tak i nie ma granic w objawianiu swej miłości do dewiantów, doskonale rozumiejąc, że wprawdzie pod tym względem nie przebije Demokratów, ale przynajmniej może pozamykać sobie niepotrzebnie rozciągnięte fronty sporów wewnątrzamerykańskich.
Mówiąc prościej: czy wygra D. Trump, czy J. Biden – pozostając w amerykańskiej strefie wpływów Polska i tak będzie się musiała i zatęczowić, i zasyjonić. Tyle, że przy D. Trumpie na stałe, zaś przy J. Bidenie… kto wie. Nadto zaś z geopolitycznej perspektywy – zwycięstwo Demokraty odbierze argumenty tym siłom w Rosji, które wspomagają kunktatorstwo Władymira Putina, a to może okazać się także dla Polski strategicznie przełomowe. Zawsze wartemu wsparcia jako jeden z kilku na świecie ośrodków prawdziwie niezależnych Iranowi – przyda się oddech (realniejszy pod rządami demokratycznymi w Waszyngtonie), Chinom wciąż jeszcze potrzebny jest czas, by zająć globalną pozycję pozwalającą nie tylko rzucić wyzwanie Ameryce, ale także wygrać z nią rywalizację (co dla Polski oznaczałoby ponowne odzyskanie niepodległości), zaś Rosja… Rosja żeby działać – musi mieć wroga pod Moskwą. A zatem…
Do tego wszystkie zaś – eschatologicznie zaś zawsze warto przypomnieć, że dla zachodniej kultury Donald Trump to właśnie ten, na którego wszyscy czekają na balu u Szatana w popularnym, filmie „Adwokat Diabła”. Czy jego re-elekcja miałaby oznaczać dopełnienie tej satanistycznej wizji? Dla dobra świata oby tak się nie stało.
Konrad Rękas
Przeciwko plutokracji. Doktryny, idee i konflikty zbrojne w publicystyce Xportalu








3 komentarze