W niedzielę 15 listopada 2020 roku w Mołdawii dojdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich. Z sondaży wynika, iż urzędująca głowa państwa Igor Dodon może liczyć na 32% głosów, zaś była premier Maia Sandu na 36%. Rywale stanowią wyrazistą egzemplifikację przeciwnych orientacji względem Wschodu i Zachodu. Dodon popierany jest głównie przez wyborców, którzy urodzili się w czasach sowieckich, podczas gdy Sandu popierana jest przez młodsze pokolenie Mołdawian, którzy utożsamiają się z „wartościami europejskimi”.
Na pierwszy rzut oka zwycięstwo Sandu jest prawie pewne. Natychmiast po pierwszej turze wyborów swoje poparcie przekazał jej lider mołdawskiej „Naszej Partii” Renato Usatii, który zdobył wówczas 17% głosów. Sojusz pomiędzy Sandu i Usatii stał się sensacją, ponieważ „Nasza Partia” opiera swoją ideologię na pryncypiach eurosceptycznych, nacjonalizmie ekonomicznym i rusofili – czyli na wszystkim tym, co jest antagonistyczne względem sił proeuropejskich reprezentowanych przez Maię Sandu i przekonań jej dotychczasowego elektoratu. Oczywiście, sensację tę można nazwać w jaśniejszy sposób – to zdrada. Usatii zdradził swój własny elektorat, wkraczając na ścieżkę politycznej prostytucji, by w razie zwycięstwa Sandu zapewnić sobie istotne stanowisko na szczytach władz Mołdawii. Jeśli wierzyć plotkom, żąda on stanowiska marszałka mołdawskiego parlamentu.
Analitycy uważają, że polityczny „coming-out” Renato Ustatiiego może w istocie zaszkodzić Maii Sandu. Jeśli wygra ona wybory prezydenckie, praca z „partnerem”, który w każdej chwili może ją z łatwością zdradzić, wydaje się niezbyt atrakcyjną perspektywą. Co więcej, nowo wybrana prezydent nie będzie mogła polegać na członkach „Naszej Partii”, którzy skupieni są na współpracy z Rosją i raczej nie dadzą się ponownie wykorzystać do anty-rosyjskich celów. W związku z bieżącymi wydarzeniami LDPR, jedna z największych rosyjskich partii, której liderem jest Vladimir Żyrinowski, publicznie zerwała umową o współpracy z mołdawską „Naszą Partią”. Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji oświadczyła, że decyzja ta została podjęta „w proteście przeciwko polityce spiskowania z wrogami Rosji prowadzonej przez Usatiiego”.
Co więcej, kroki podjęte przez Usatiiego mogą zmobilizować „wahający” się elektorat powodując przesunięcie poparcia sympatyków „Naszej Partii” i mołdawskich nacjonalistów na rzecz Igora Dodona w drugiej turze wyborów, co pozwoliłoby im zademonstrować, iż nie są bezwolnymi marionetkami.
W naszej opinii największą pomyłkę popełnił jednak ambasador USA w Kiszyniowie Dereck J. Hogan, który według współpracowników Dodona spotkał się z Renato Usatiim, a następnie przekonał Maię Sandu do zaakceptowania sojuszu z oszustem i dezerterem „Naszej Partii”. Samego Hogana należałoby natomiast nazywać rumuńskim ambasadorem, skoro jego hipokryzja służyła głównie „Wielkiej Rumunii”, ze szkodą dla interesów Waszyngtonu. Zresztą w Mołdawii dużo mówiło się w ostatnim czasie na temat powiązań Usatiiego z rumuńskimi nacjonalistami, którzy marzą o inkorporacji Mołdawii do Rumunii. Jak wieść gminna niesie, sama Maia Sandu podporządkowała się Bukaresztowi już dawno temu, co samo w sobie może generować rewanżystowskie myśli na temat Mołdawii jako o „państwie upadłym”, wspierać mglistą perspektywę, jaką jest Unirea (rum. Unia) Rumunii z Mołdawią.
Pomimo tego, że kampania prezydencka formalnie jest już zakończona, dla Mołdawii to dopiero początek.







