Luźno pojmowaną prawicę w dzisiejszej Polsce cechuje kompletna bezpłodność koncepcyjna – uderzająca, jeśli wziąć pod uwagę, że do miana prawicowych aspiruje w naszym Kraju całkiem sporo środowisk. Środowiska te z reguły nie tworzą żadnej własnej myśli politycznej, społecznej ani ekonomicznej. Jeżeli starają się pozorować jakąś myśl polityczną, to próby te sprowadzają się do dorabiania patetycznie i „prawicowo” brzmiących uzasadnień i opisów dla istniejącego demoliberalizmu, jak ma to dziś miejsce w przypadku: ruchu „republikańskiego”, rzekomo „eksperckich” intelektualnych przybudówek PiS, fałszywych „mesjanistów” z redakcji pisma „44” czy wreszcie wskrzesicieli (we własnym mniemaniu) wszechpolskiego narodowego demokratyzmu z początku XX wieku.
Duża część z nich zamiast pracy koncepcyjnej zajmuje się sprawozdawczością z przekonań i działań ruchów zagranicznych, okraszonej wezwaniami do małpowania ich w Polsce, jak np. środowiska „wolnościowe” czy część środowisk chrześcijańskich, których poglądy to kserokopia wzorców anglosaskich. Nie prowadzą analiz polityki międzynarodowej (choć tu zdarzają się czasem wyjątki), poprzestając na bezkrytycznym ekscytowaniu się komunikatami demoliberalnych mediów i posłusznej recepcji podawanej przez nie wersji wydarzeń. Sięgając do przykładów z ostatnich lat, nie widzą kontekstu ani istotnego znaczenia takich wydarzeń, jak ubiegłoroczna agresja militarna Zachodu na Libię, jego obecna agresywna polityka wobec Białorusi, interwencja w wewnętrzne sprawy Syrii i Iranu czy niedawne groźby wobec Korei Północnej. Nierzadko nawet same dopingują blok euratlantycki do rozprawy z wymienionymi „reżimami” (no właśnie: „reżimami” – przejmują z mediów także demoliberalną nowomowę).
Tę myślową pustkę – żeby nie powiedzieć zdechlactwo – ugrupowania luźno pojętej prawicy zgodnie ze znanym psychologicznym mechanizmem (trzeba przecież „coś robić”, by móc wmawiać sobie i innym, że robi się bardzo ważne rzeczy) kompensują sobie tematami zastępczymi. W ostatnich latach na najpopularniejszy na prawicy temat zastępczy wyrośli „żołnierze wyklęci”. Zamiast więc formułować dla Polski koncepcje polityczne i ekonomiczne czy programy polityki zagranicznej, prawicowe środowiska zajmują się „czczeniem pamięci żołnierzy wyklętych”. Co chwilę odbywa się kolejny marsz, demonstracja, koncert, palenie zniczy albo cokolwiek, byle „dla uczczenia/upamiętnienia żołnierzy wyklętych”.
Z poznawczego punktu widzenia to jałowe bicie piany. Działalność powojennego polskiego podziemia zbrojnego została już na tyle dobrze przebadana i opisana przez historyków, że raczej trudno powiedzieć coś nowego na jej temat. Rozkręcany w ostatnich latach kalejdoskop inicjatyw związanych z „żołnierzami wyklętymi” nie dowodzi też bynajmniej odradzania się Prawicy w Polsce. Bronisław Komorowski także „czci żołnierzy wyklętych”, co nie czyni z niego ani patrioty, ani prawicowca. Jego przykład pokazuje natomiast, że „czcić żołnierzy wyklętych” można również z pozycji bezideowych i zgoła konformistycznych, co wyjaśnia pewną nośność tego tematu.
Monotematyczna eksploatacja „żołnierzy wyklętych” nie wzmacnia bynajmniej polskiej prawicy, nawet tej luźno pojmowanej. W połączeniu z brakiem własnych idei ustrojowych, politycznych czy ekonomicznych zaskarbia bowiem środowiskom uchodzącym za prawicowe opinię sklerotyków zasklepionych w dawno minionych wydarzeniach historycznych i wyłącznie na nich opierających swoją ideową tożsamość. Takich, co „niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli”, by przywołać trafne określenie księcia biskupa Talleyranda.
Bo prawda jest taka, że poza „czczeniem pamięci żołnierzy wyklętych” niewiele więcej na prawicy się dzieje. Środowiska aspirujące do jej reprezentowania zabierają poza tym głos właściwie tylko po to, by zaznaczyć, że są przeciw temu, co postuluje się z lewa: przeciw promocji zboczeń, przeciw aborcji, przeciw atakom na Kościół, przeciw in vitro, przeciw feminizmowi… i tak dalej, i tak dalej. I owszem, słusznie, ale właściwie za czym opowiadają się same*? Z czysto reaktywnego sprzeciwu nie wyłania się żadna pozytywna wizja Polski. Natomiast energia, którą można by spożytkować na jej sformułowanie, kanalizuje się na przykład poprzez bezproduktywne w gruncie rzeczy „czczenie pamięci żołnierzy wyklętych” i wyczerpuje w jeszcze paru podobnych, bezpiecznych tematach, pochłaniających uwagę odwróconą od rzeczywistych wyzwań, przed jakimi stoi polskie państwo.
Adam Danek
* W tej kwestii daje się zaobserwować jedna prawidłowość: raz na parę lat, przy okazji demokratycznych bachanaliów, środowiska pipi-prawicy mówią, za czym są. Po całym swoim – skądinąd zasadnym – wyrzekaniu na liberalną demokrację są za tym, żeby ostatecznie jednak pójść na wybory i oddać głos na taką lub owaką demoliberalną partię polityczną. Czyli stanowią jedynie przejściowe, niegroźne zmącenie demoliberalnego bajorka.
103 komentarze