Pośród rozmaitych wersji konserwatyzmu głoszonych dzisiaj w Polsce znajduje się i taka, która szczególną wagę przywiązuje do sfery stroju. Że przywiązuje do niej szczególną wagę, to zdecydowanie za słabo powiedziane – przedstawia ją wręcz jako pole walki pomiędzy Rewolucją a Kontrrewolucją, identyfikując poszczególne rodzaje i elementy stroju jako sprzyjające jednej lub drugiej. Zwolennicy owej wersji konserwatyzmu powołują się w tej kwestii na poglądy brazylijskiego myśliciela katolickiego prof. Plinia Corrêi de Oliveiry (1908-1995), a ściślej na jego teorię „rewolucji w tendencjach”. Zgodnie z tą ostatnią kolejne etapy Rewolucji – procesu odpadania świata od Boga i jego staczania się w diabelski chaos – przejawiają się najpierw na poziomie „mentalności, sposobów bycia, artystycznych środków wyrazu i zwyczajów”*, a dopiero potem na poziomie idei i w końcu na poziomie faktów.
Przekonaniu o związku między sferą estetyki a sferą idei nie sposób odmówić słuszności. Było ono obecne już w filozofii Platona, który rozpoznał Piękno jako zewnętrzny blask Prawdy. Pogląd ów rozwijała później platońska tradycja filozoficzna, zwłaszcza neoplatonizm. Na uwagę zasługuje teoria sztuki sformułowana przez twórcę tego ostatniego – Plotyna. Postrzegał on sztukę jako odblask bóstwa i zarazem sposób upodobnienia się do niego. Wysiłek artystyczny przybliża człowieka do boga. Sztuka ma więc za zadanie przedstawiać świat boskich Idei.
Trafne wydaje się też dostrzeżenie wagi form estetycznych życia codziennego (przedmioty użytkowe, ubiory, zachowania itp.), ponieważ są one najbliżej rzeczywistego życia psychicznego i duchowego człowieka, a więc mogą na nie wywierać silny wpływ. Wreszcie, należy zgodzić się z postulatem odtworzenia w społeczeństwach wypaczonych przez Rewolucję określonego ładu estetycznego jako podpory i środka konserwującego dla właściwego ładu normatywnego. Nasuwa się jednak pytanie o kształt tego ładu estetycznego. I tutaj wspomniany specyficzny rodzaj konserwatyzmu zaczyna budzić istotne wątpliwości. Przejawia się on bowiem – to jego znak rozpoznawczy – w absolutyzacji konkretnych form estetycznych, które wcale na takie wynoszenie nie zasługują. Również ze względu na ich konotacje w sferze idei.
Wśród obiektów absolutyzowanych przez zwolenników rzeczonego konserwatyzmu na czoło wysuwa się… garnitur. W ich optyce garnitur urasta do rangi sztandaru Kontrrewolucji i potężnego oręża w walce z Rewolucją, przejawiającą się we wszechobecnym niechlujstwie strojów. Zbrojownia kontrrewolucjonisty to – jak się łatwo domyślić – garnitur, biała koszula i krawat. Krawat dlatego, że oddziela głowę od ciała, a w ten sposób wprowadza ład i proporcje do wyglądu zewnętrznego człowieka; tak przynajmniej pouczyli kiedyś piszącego te słowa propagatorzy owego specyficznego konserwatyzmu. Nie neguję przeświadczenia, że garnitur stanowi także nośnik pewnych treści pozaestetycznych. Ale jakich?
Garnitur to forma estetyczna typowa dla kultury mieszczańskiej. A kultura mieszczańska to kultura liberalizmu, handlu, parlamentaryzmu, komercjalizacji stosunków międzyludzkich, „wolności słowa” i dyktatu gazet (dziś powiedzielibyśmy: mediów), egalitaryzmu społecznego, „suwerenności ludu”, „trójpodziału władz”, ideału obywatela, „społeczeństwa obywatelskiego”, „rozdziału Kościoła od państwa” (religia to prywatna sprawa; religia dzieli, a handel łączy), „praw człowieka”, pluralizmu partyjnego, „ślubów cywilnych” i rozwodów (moralność to prywatna sprawa, a małżeństwo to zwykła umowa). Te tak zwane zdobycze mieszczańskich rewolucji politycznych stały się kamieniem węgielnym modelu społecznego wyrosłego z Rewolucji (zwanego niekiedy „wolnym społeczeństwem”). To kultura mieszczańska zburzyła i zabiła świat Tradycji. Mieszczaństwo rozpoczęło rewolucję przeciw niemu i mieszczaństwo stanowi dziś jej zwieńczenie. Z rewolucyjnych zmagań zwycięsko wyszedł ostatecznie nie żaden bolszewicki „proletariusz”, lecz mieszczanin (ten pierwszy mu uległ albo się w niego zamienił). Sławiona w pismach politycznych liberałów „klasa średnia” uśredniła całość społeczeństwa na własny obraz i podobieństwo, także pod względem duchowym i intelektualnym. Miejska „klasa średnia” zniszczyła organiczny ustrój społeczny, wchłaniając lub wypierając wszystkie inne warstwy społeczne: stan duchowny, stan rycerski, szlachtę, arystokrację, wojskowych, chłopstwo – aż w końcu pozostała na placu boju sama. Wizualnie przejawia się to m.in. przez wszechobecność mieszczańskiego stroju, jakim jest garnitur. Dziś nawet księża i królowie paradują publicznie w garniturach, upodobniając się dla oka do księgowych, akwizytorów, portierów czy ochroniarzy. Nastąpiła skuteczna uniformizacja form estetycznych według wzorców mieszczańskich – nie tylko pionowa, glajchszaltująca szczeble hierarchii społecznej (która właściwie przestała istnieć), ale również pozioma, glajchszaltująca kraje i kultury. Dziś także w krajach afrykańskich czy azjatyckich ten, kto chce nadać sobie okazały, elegancki czy zamożny wygląd, obnosi garnitur europejskiego mieszczaństwa. Nawet władcy pozostałych jeszcze tu i ówdzie pozaeuropejskich monarchii jakby boją się pokazywać choćby w mundurze wojskowym, nie wspominając o bardziej tradycyjnych strojach, kornie dostosowując się do międzynarodowego standardu „białego kołnierzyka”. A jednak wciąż da się inaczej, skoro przed tym, co zarzucili współcześni monarchowie, nie wzdragał się socjalistyczny dyktator Muammar Kaddafi. Ten autorytarny przywódca występował publicznie bądź w mundurze, bądź w tradycyjnych afrykańskich szatach, za co był zresztą notorycznie obśmiewany w zachodnich mediach.
A skoro już o tym mowa, jeżeli na poważnie potraktujemy formy estetyczne życia codziennego jako pole walki prądów ideowych, to powinniśmy pozytywnie wartościować na tym poziomie wszelkie formy, które przełamują dyktat kultury mieszczańskiej i odsyłają do ładu estetycznego sprzed epoki powszechnego zmieszczanienia. W tej dziedzinie zdecydowanie „na prawo” od mieszczucha zakutanego w swój garnitur stoją politycy preferujący strój militarny czy paramilitarny (Julius Nyerere), ubiór tradycyjny dla własnej kultury (Kwame Nkrumah), bądź jedno i drugie (Mobutu Sese Seko, Czang Kaj-szek).
Adherenci wspomnianego specyficznego konserwatyzmu pouczyli niegdyś niżej podpisanego, iż mundurowanie kogokolwiek to zły pomysł, ponieważ oznacza ono uniformizację ludzi, zniszczenie różnorodności i bogactwa form, dlatego sprzyja Rewolucji. Ale przecież garnitur, który w ich oczach wyrósł na opokę Kontrrewolucji, zuniformizował ludzi w daleko większym stopniu, niż jakikolwiek mundur. Przed wojną mundury oficerskie przykładowo Wojska Polskiego, Reichswehry/Wehrmachtu i Armii Czerwonej różniły się od siebie, a każdy z nich w pewien sposób odzwierciedlał specyfikę własnego kraju. Garnitury już wtedy były wszędzie takie same.
Upada również argument o garniturze jako ostoi wartości estetycznych w zalewie niechlujstwa. Noszenie garnituru jest już niemal powszechnie wymagane w pracy, w wyniku czego traci on charakter stroju odświętnego, a staje się strojem roboczym. Podobnie, jak drelich był strojem roboczym proletariatu XIX wieku, pracującego w fabrykach, garnitur jest strojem roboczym proletariatu XXI wieku, pracującego w biurach, punktach sprzedaży i boksach w gmaszyskach wielkich firm.
Czy przywoływany powyżej specyficzny konserwatyzm ma zatem w ogóle jakieś podstawy? Tutaj nasuwa się obserwacja z zakresu, by tak rzec, socjologii polityki. Otóż istnieją w Polsce grupy, w których przypadku owa odmiana konserwatyzmu trafia lub może trafić na podatny grunt. Ich członkowie sprawiają wrażenie, jakby nawet do warzywniaka chodzili w garniturze, białej koszuli i krawacie. Z wyrazem niesmaku na twarzach mówią o współczesnym niedbalstwie o względy estetyczne i co o nim sądzą. A poza tym popierają jedną z demoliberalnych, pipi-prawicowych partii politycznych, względnie działają w którymś z podwieszonych pod tą partię pipi-prawicowych stowarzyszeń (pseudo)„pozarządowych” i, summa summarum, uważają się za wielkich konserwatystów. Wszelkie autentyczne idee prawicowe i konserwatywne uważają za być może ciekawe poznawczo, ale branie ich na poważnie budzi u nich nieskrywane obawy („tak nie można, przecież to by było niedemokratyczne”). Paradowanie przez cały czas w garniturze i wybrzydzanie na innych, którzy w nim nie paradują, pozwala tym filistrom podbudować swoje poczucie bycia „konserwatywną elitą” (niekiedy z dodatkiem „intelektualną”). Ale garnitur nie stwarza elity, a jego noszenie nie czyni nikogo konserwatystą. To mieszczaństwo z epoki Dyrektoriatu: jest przeciwne rewolucyjnemu radykalizmowi, bo ten przeszkadzał spokojnie robić interesy, a konserwować chce co najwyżej jego wcześniejszy etap, rewolucję liberalną, taką, jaka miała miejsce w Ameryce czy Anglii. Być może mamy do czynienia z obmyślonym z góry projektem politycznym konserwatyzmu, który zaspokaja ludzką potrzebę snobowania się, a poza tym do niczego szczególnego nie zobowiązuje i nie niesie w sobie żadnego ryzyka konfrontacji ze światem, dlatego „będzie do przyjęcia dla zwykłych ludzi”.
Na koniec luźne skojarzenie. Stają mi przed oczyma sylwetki trzech ojców polskiej niepodległości: Romana Dmowskiego, Józefa Piłsudskiego i Władysława Studnickiego. Studnicki był pochłonięty zagadnieniami politycznymi do tego stopnia, że nie przywiązywał do kwestii stroju najmniejszej wagi, chodził rozczochrany i niestarannie ubrany. Piłsudski pod koniec pierwszej dekady XX wieku zamienił cywilny ubiór na mundur i nie wrócił do tego pierwszego już nigdy. Mieszczański ideolog Dmowski zawsze wydawał mi się wśród nich postacią najmniejszego formatu.
Adam Danek
* Plinio Corrêa de Oliveira, Rewolucja i Kontrrewolucja, przeł. Sławomir Olejniczak, Kraków 2001, s. 44.








11 komentarzy