17 maja zebrani na ulicach Tegucigalpy protestujący zaatakowali i podpalili budynki rządowe, domagając się wydalenia z kraju agentów amerykańskiej DEA. Protesty wybuchły po tym, jak okazało się że Amerykanie ostrzelali ze śmigłowca cywilną łódź przewożącą przypadkowych rybaków, zabijając przy tym sześć osób, w tym dwie kobiety w ciąży i dwoje dzieci. Amerykanie tłumaczyli później, że pomyłkowo wzięli łódź za należącą do przemytników narkotykowych.
„Przez wieki byliśmy pokojowo nastawionymi ludźmi, którzy żyją w harmonii z naturą, ale dziś deklarujemy, że ci Amerykanie są persona non grata na naszym terytorium” powiedział Lucio Vaguedano, prezydent nadmorskiego miasta Ahuas.
Amerykańskie władze i środki przekazu początkowo pragnęły zatuszować morderstwo, gdy jednak wyszło ono na jaw, amerykańskie władze oświadczyły że winę za śmierć ofiar ponoszą siły zbrojne Hondurasu.
Od czasu obalenia w inspirowanym przez USA zamachu stanu w 2009 r. prezydenta Jose Manuela Zelaya, Honduras wystąpił i zerwał kontakty z państwami ALBA, w to miejsce przyjmując zwiększoną pomoc finansową USA i zezwalając na wzmożoną aktywność agentów DEA na terenie kraju. Obecnie, w Hondurasie stacjonuje ponad 600 żołnierzy USA, oprócz nich zaś obecni są też agenci DEA.
Jak napisano w oświadczeniu Komitetu Rodzin Zaginionych w Hondurasie (COFADEH), „obca (tzn. należąca do USA) armia chroniona przez nową hegemoniczną koncepcję 'wojny z narkotykami’ zalegalizowanej wraz z reformami traktatu wojskowego z 1953 roku, gwałci naszą suwerenność terytorialną i zabija cywilów tak jakby to było w Iraku, Afganistanie, Libii lub Syrii”.
(na podst. antiwar.com opr. R.L.)







