Patryk Łomień: Narodowa Rewolucja to nie ciastka z kremem

…czyli dlaczego potrzebujemy butelek z benzyną w miejsce baloników z helem?

Nasi drodzy poprzednicy z europejskich ugrupowań narodowo-radykalnych pozostawili nam w spadku kilka książek i garść wyrwanych z kontekstu cytatów, zwykle będących po prostu truizmami. Nie ma także niestety nic odkrywczego w sentencji szefa hiszpańskiej Falangi, stwierdzającego, że (…) w wielu miastach byli – i nadal pozostają – prawicowcy, którzy są gorsi od czerwonych. To fakt: zacięta ponurość czerwonych (tych ostatnich, nielicznych prawdziwych, niczym ostatni Indianie – chciałoby się rzec z sentymentem), którym marksistowska scholastyka zastąpiła mózgi i parę innych organów przy okazji, jest z pewnością łatwiejsza do zniesienia niż błazeńskie zacięcie do opowiadania nieśmiesznych dowcipów przez prawicowców pozbawionych polotu. Wszyscy znamy te stare skecze grubo podszyte absurdem; bodaj najczęściej ostatnio „granym” jest ten, w którym jankeskich i syjonistycznych zbrodniarzy przebiera się w szaty krzyżowców (sic!). Nie znaczy to, że czasami nie trafi się jakiś nowy kawałek, po którym wszyscy wykrzywiają usta nie w uśmiechu, ale by pokryć zażenowanie. Dobrym przykładem jest choćby skecz (rozpisany na kilka głosów!), którego puenta brzmi tak: Dlaczego parady pedałów są lepsze od kontrmanifestacji nacjonalistów? Bo zboki mają baloniki! Przestrzeżmy przed opowiadaniem tego żartu „w towarzystwie” – jak wiele innych, serwowanych nam przez „ludzi prawicy”, jest po prostu niesmaczny.

Nie mamy wątpliwości, że tego typu stwierdzenia kierowane są ku nam ze strony środowisk systemowych oraz czynnie system popierających. I nie chodzi tu tylko o inkasowanie hojnych dotacji; w końcu, kierowani zdrowym makiawelizmem, mogliby chować je za pazuchę zupełnie cynicznie, wydając za nie następnie jakieś wywrotowe dzieła włoskich baronów i niemieckich żołnierzy frontowych. Chodzi przede wszystkim o sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości oraz wynikającą z nich desygnację przeciwników. Desygnację opartą, jak to zwykle ma miejsce w środowiskach zniewieściałych, w zasadzie wyłącznie na wrażeniach estetycznych. Trudno nie zauważyć, że uznanie różnych przejawów mieszczaństwa (garniturowych white collars oraz tęczowych dewiantów) za sympatyczniejszych od łysoli w ciężkich butach, świadczy właśnie o tejże systemowej infekcji umysłu. Nie kryjmy tego: ogolone łby, ciężkie buty (i słowa) są wyróżnikami żywotnych sił każdego narodu – żołnierzy i robotników. Nawet polukrowani grubą warstwą konsumpcyjnego hedonizmu, zawsze podskórnie będą oni prowadzili swe święte kampanie tworzenia i niszczenia. Wykluczeni przez „garniturowców” z udziału w polityce, zasilą szeregi subkultur – do czasu, aż ktoś nie wyciągnie do nich dłoni. Mówmy wprost i szczerze: nie ma sensu żadna mimikra, przebieranie się w garnitury, pompowanie baloników helem i wygłaszanie równie dętych oświadczeń o odcinaniu się od „faszyzmu” i „chuligaństwa” – zwłaszcza, gdy idzie się na czele pochodu. Demoniczny geniusz demokracji liberalnej polega na przezwyciężaniu i wcielaniu w system każdej opozycji, która nie opowie się jasno przeciwko samym jej podstawom. Salonowe dyskusje i pokojowe manifestacje jedynie wzmacniają złudzenie „pluralizmu”, tłamsząc opór przeciwko demoliberalizmowi. Ten elementarz, w przeciwieństwie do (pozujących na poważnych i umiarkowanych) prawicowców, przyswoiła sobie nacjonalistyczna młodzież, przerzucająca petardy ponad policyjnymi tarczami na paradach zboczeńców, w swym sprzeciwie wobec kosmopolitycznej okupacji podobna do rówieśników ze Strefy Gazy obrzucających kamieniami i butelkami z benzyną syjonistyczne czołgi. Właśnie tej bezkompromisowej postawie nacjonalistów i natężeniu „akcji bezpośrednich” – w żadnym razie nie rodzinnym spacerom z balonikami! – zawdzięczamy tak niewielką frekwencję na marszach zboczeńców w tym roku. Celem przecież nie jest jakaś tam ugoda, geszefciarski kompromis na zasadzie „wicie rozumicie, my nie będziemy rzucali petardami, wy się nie obnażajcie, przyjdziemy wszyscy kolorowo ubrani i z balonikami, a policjanci pójdą sobie na kawę”. Celem jest pełne zwycięstwo, przekroczenie linii sytuującej Polskę w obozie zachodniackiej postmoderny, powtórzenie na ulicach naszych miast scen z Kijowa, Belgradu i Moskwy.

Warto nadmienić, że tę prostą lekcję wiolentyzmu odrobiły już dawno radykalne środowiska antyaborcyjne w USA, zapewne bliskie wspomnianym prawicowcom geopolitycznie i religijnie. Ładunki wybuchowe i serie z pistoletów maszynowych skuteczniej powstrzymują skrobankowych rzeźników niż internetowe oświadczenia i rodzinne pikniki. Oczywiście pocieszne, jowialne grubaski zawsze znajdą mnóstwo wymówek (z imieniem Pana na czele!), wzbraniając się przed jakimkolwiek bezpośrednim i agresywnym działaniem, zapewne wtórując w swym oburzeniu najgorszym liberalnym szczekaczkom. Być może (i chcielibyśmy w to wierzyć) jest to kwestia „temperatury krwi”. I choć z pewnością „pedałocentryczność” niektórych środowisk nacjonalistycznych w Polsce należy poddawać konstruktywnej krytyce (chociażby podsuwając konkretne rozwiązania taktyczne i formacyjne), bez chwili wahania odpowiadamy na pytanie* zadane przez neokonserwatywnego idola judeochrześcijańskich prawicowców: jesteśmy z terrorystami. Jesteśmy z chuliganami.

Patryk Łomień

* Either you are with us, or you are with the terrorists? ~ George W. Bush.

16 komentarzy

Leave a Reply