Lewica pragnie skonstruować społeczeństwo równe, tzn. zarazem amorficzne i homogeniczne. Równość zapewnić bowiem może wyłącznie brak różnic. To, co wprowadza rozróżnienia, wprowadza jednocześnie nierówności – wyższość i niższość, zwierzchność i podporządkowanie. Prawica zawsze broniła tego, co różnicuje (przeczy równości) – rozumie ona znaczenie i potrzebę istnienia przywilejów, tytułów, rang, stopni w hierarchii, odznaczeń, instytucji elitarnych i ekskluzywnych, warstw, stanów i kast społecznych. Swą wizję świata opiera na założeniu (obecnym w rozmaitych tradycjach kulturowych i filozoficznych), że im wyższe jest miejsce w danej nierówności, tym wyższe normy i doskonalsze wzorce się z nim wiążą. Prawicę cechuje więc, powiązane sensownie z właściwą jej wizją świata, umiłowanie form arystokratycznych i, szerzej, elitarnych.
Ale niekiedy owo umiłowanie form arystokratycznych przekracza zdrowe granice. Następuje to z chwilą, gdy jej adherenci przybierają bądź przypisują sobie te formy, choć nie są do nich uprawnieni. Prawdopodobna przyczyna tego, budzącego zażenowanie, zjawiska (pomijając przypadki zwyczajnej złej woli) tkwi w (jak się wydaje, zupełnie szczerym) pragnieniu osobistego udziału we wzniosłości zawartej w owych formach. Jako najprostszy przykład rzeczonej maniery wskazać można przyjmowanie szlacheckich lub arystokratycznych nazwisk przez osoby, które się pod nimi nie urodziły. I tak dziewiętnastowieczny prekursor niemieckiego rewolucyjnego konserwatyzmu, Paul Bötticher (1827-1891), uznawszy swe mieszczańskie miano rodowe za zbyt prozaiczne, zaczął zamiast niego używać szlacheckiego nazwiska swojej ciotki – de Lagarde. Podobnie uczynił podziwiający go inny mieszczanin, inicjator Rewolucji Konserwatywnej Artur Moeller (1876-1925), który do własnej godności dopisał panieńskie nazwisko matki, wywodzącej się z holenderskiej szlachty – van den Bruck. Pomijając na razie niskie – i przez to jakże ludzkie – pobudki, jak zwyczajna chęć imponowania, przyczynę tego rodzaju maskarad stanowić może wola wydania się innym reprezentantami starej tradycji i tym samym uwznioślenia własnego przekazu: przydania mu autorytetu, powagi, głębi czy piętna tajemnicy.
Potwierdzać to wydaje się fakt, iż analogiczne zachowanie można zaobserwować u różnych samozwańczych rewelatorów tajemnic, pseudo-ezoteryków i pseudo-mistagogów, takich jak np. Adolf Joseph Lanz (1874-1954) – cysters wypędzony z klasztoru i założyciel działającej początkowo w Austro-Węgrzech sekty Zakon Nowych Templariuszy (Ordo Novi Templi), której ideologię stanowiła mieszanka materialistycznego biologizmu i koncepcji rasowych z okultystycznym sosem, znana później pod nazwą ariozofii. Od 1905 r. posługiwał się on nazwiskiem Jörg Lanz von Liebenfels albo Georg Lanz de Liebenfels – podczas gdy w rzeczywistości szlachecki ród „von Liebenfels” nigdy nie istniał. Po rozpadzie cesarstwa Lanz przeniósł swą organizację do Królestwa Węgier, gdzie w Wielkanoc 1919 r. ledwo uniknął śmierci od kul bolszewików. Wstąpiwszy do antykomunistycznego tajnego związku Przebudzenie Węgier, podawał się jego członkom za „niemieckiego barona na wygnaniu”. Aby przydać swym poglądom pozór naukowości, używał również bezpodstawnie tytułu doktora. Inny znany przypadek to Adam Rudolph Glauer (1875-1945), w różnych okresach – mason, teozof, astrolog, ariozof, różokrzyżowiec itp., który podczas kilkuletniego pobytu w Aleksandrii, Kairze i Stambule zaczerpnął inspiracje dla swej późniejszej działalności od orientalnego wolnomularstwa, żydowskich okultystów i muzułmańskich sufich. (Skądinąd, wśród jego koncepcji, w większości pokracznych, niektóre wydają się interesujące, m.in. Imperialny Zakon Konstantyna, do jakiego Glauer miał rzekomo w sekrecie należeć.). Od ok. 1911 r. znany był on jako Rudolf Adam Glandek, baron von Sebottendorff. Z powodu przywłaszczenia sobie tego nazwiska miał szereg procesów sądowych z rodem von Sebottendorff von der Rose; utrzymywał, że został formalnie adoptowany przez jednego z baronów, czego jednak nie dało się poprzeć żadnymi dowodami.
Generalnie rzecz biorąc, omawianą tu manierę wypada ocenić jako żałosny wyraz ludzkiej skłonności do ulegania pysze, a osoby jej hołdujące – jako parweniuszy i hochsztaplerów. Żaden prawicowiec nie powinien wywyższać samego siebie. Pobudzanie ludzkiej pychy to domena lewicy – wyrasta ono z jej antropocentryzmu, wyrażonego w ideologiach „wyzwolenia społecznego”, „emancypacji”, „samorealizacji” i innych, które mają wpoić każdemu człowiekowi, że wszechświat obraca się wokół jego tyłka. Prawicowiec tymczasem postrzega siebie jako sługę (tradycji) – umniejsza własne znaczenie, miast go podkreślać. Szlacheckie czy nawet arystokratyczne pochodzenie, jeśli się nim istotnie legitymuje, traktuje jako źródło obowiązków, a nie zaszczytów – i to tych pierwszych, nie drugich, przypisuje sobie więcej, niż innym ludziom. Chce wówczas spłacić dług wobec swoich przodków, okazać się ich godnym, a nie chełpić się tylko ich czynami.
Obrońca konserwatywnego, hierarchicznego i sakralnego ładu, jakim jest człowiek Prawicy, nie musi i nie powinien przybierać – groteskowej – pozy „tajemniczego arystokraty”, ani w ogóle podawać się za kogoś, kim nie jest. Organiczna filozofia społeczeństwa podkreśla ważność i niezbędność wszystkich stanów dla całości. W porządku tradycyjnym wszystkie stany mają swoje symbole i rytuały, legendy i tajemnice. Jak zaś napisał Julius baron Evola (1898-1974): „Rzemieślnik, który w sposób doskonały wypełnia swoją funkcję, jest niewątpliwie dostojniejszy aniżeli król, który źle pełni swą funkcję i nie stoi na wysokości swej godności.”
Adam Danek







