Tomasz Wiśniewski: Postsekularyzm. Glosa

Za reprezentatywne dla wiedzy o stanie postsekularnego nurtu współczesnej filozofii z pewnością można uznać pisma Agaty Bielik-Robson, takie jak artykuł Powrót mesjańskiej obietnicy czy uwodzicielska książka „Na pustyni”. Kryptoteologie późnej nowoczesności. Według tej autorki podstawową intuicją postsekularyzmu jest zaakceptowanie nieredukowalności sacrum i przyznanie jego trwania nawet w istocie najbardziej antyreligijnej z epok cywilizacji zachodniej, Oświeceniu – z tym, że cały konflikt o religię i religijność Europejczyków postrzega się jako konflikt zasad greckiej oraz żydowskiej, Mitu oraz Wyjścia. Protagonistami postsekularyzmu byli myśliciele pochodzenia przeważnie żydowskiego, których pochodzenie oraz zanurzenie w pewnej tradycji prowadziło do konfliktu ze światem nowoczesnym, w który również byli uwikłani. Najważniejszy antycypator – toż Friedrich Nietzsche. Metodologia nurtu sporo zawdzięcza Sigmundowi Freudowi. Nie trzeba specjalnie zgłębiać tematu aby przekonać się, iż postsekularyzm jest dziełem cywilizacyjnych wyrzutków, trudnych dzieci Moderny (można oczywiście poczytać Jacoba Taubesa, którego raporty teologiczno-polityczne tylko w takiej opinii utwierdzają). Dzieci Reformacji i Rewolucji – odrosty wszystkiego, co zgromadzone pomiędzy nimi.

To oczywiste, że inne oblicze Nowoczesności było możliwe (równoległą jej intelektualną linię rozwojową ciekawie zakreślił Zeev Sternhell w The Anti-Enlightenment Tradition). Skoro – jak podsumowuje ABR – „u źródeł zachodniego oświecenia, odczarowania i sekularyzacji tkwi pewna decyzja natury religijnej, której zarazem towarzyszy określony zamysł i – właśnie – cel, ponadinstrumentalny, stanowiący wartość autoteliczną ideał radykalnej sprawiedliwości”, to być może rzeczywiście oblicze to zależało od tego, kto i jak był podjął tę decyzję. (Re)interpretacja epoki to zadanie historiografii. Byłem przekonany, że użalanie się nad niesprawiedliwością wieku XIX to domena kinder-kontrrewolucjonistów. Postsekularyści i tak faworyzują zwycięzców historii, co najwyżej rewidując ich błędy, retuszując wypaczenia i przydając ludzkiej twarzy poprzez oczyszczanie intencji. Jaki jest więc cel ich wysiłków – czy aby nie tylko uspokajanie własnego sumienia?

To już nie schizma bytu ani pożar Drzewa Życia; Homo modernus wyszedł zbyt daleko w „pustynię racjonalnego samostanowienia” i nieuważnie zbliżył się w pobliże któregoś z wulkanów: grzęźnie i dusi się w wypluwanym przezeń pyle. Co archeolodzy myśli będą mogli odkryć w tym miejscu za kilkaset lat? Znając żyzność gleb wulkanicznych, być może na trupach tych straceńców wyrośnie w przyszłości dziewicza puszcza, na której przekształcenie w ogród, plantację czy winnicę przyjdzie naprawdę długo poczekać.

„Nie ma już bogów, których moglibyśmy wezwać na pomoc. Wielkie religie światowe cierpią na coraz większy odpływ wyznawców, ponieważ pomocne numina uciekły już z kniei, rzek i świata zwierzęcego, a różne postacie, w jakich przejawiał się Bóg–Człowiek, pogrążyły się w nieświadomości. To właśnie tam, sądzimy, wiodą one nędzny żywot pomiędzy resztkami naszej przeszłości. Naszym życiem rządzi teraz bogini Rozumu –– nasza największa, najbardziej złowieszcza iluzja. Za pomocą rozumu –– wmawiamy sobie –– «pokonaliśmy naturę»”[i] – no, czyja to wina? Ale spokojnie, ta „pustynia racjonalnego samostanowienia” naprawdę przeminie i człowiek znów będzie zmuszony do znojnego karczowania zielonego piekła.

Postsekularyści przejawiają zdecydowanie zbyt mało uniwersalizmu i wyobraźni organicznej, możliwości umysłowej konfiguracji świata cywilizacji zachodniej sprowadzając do relacji między kilkoma, być może tylko dwoma, statycznymi punktami. Obawiam się, że wkroczenie w postsekularyzm z teoriami chociażby Carla Gustava Junga – a za nim i innych poważnych religioznawców o holistycznych horyzontach – doszczętnie zdemolowałoby ten tak pretensjonalnie wznoszony labirynt myśli.

Postsekularyzm to prowincjonalna gra intelektualna, pozostająca dramatem i rozterką heretyków. Wierzący nie potrzebuje się weń plątać. Ufa uniwersalności posłania Jezusa Chrystusa i jego świadkowi świętemu Pawłowi, że od czasów Wcielenia i Męki nie ma już Żyda ani Greka. Koniec końców katolik wybierze „teologiczną konkwistę nowoczesności” – pozostającą dotychczas tylko marzeniem, a wciąż będącą również jego zadaniem.

U Waltera Benjamina (poniekąd przereklamowanego i cokolwiek zdewaluowanego) podoba mi się przynajmniej jedno. Trzymanie teologii pod stołem to kapitalny pomysł i optymalne rozwiązanie.

A Bielik-Robson naprawdę warto czytać, i to na równi z Giorgio Agambenem czy Zygmuntem Baumanem.

 

Tomasz Wiśniewski

(na zdjęciu Agata Bielik-Robson)

 


[i] C. G. Jung, Życie symboliczne, przeł. R. Reszke, Warszawa 2007, s. 289.

8 komentarzy

Leave a Reply