Tomasz Wiśniewski: Laudes Regiae

Chciałbym przez chwilę pochylić się – jako tradycjonalista – nad wysuniętą przez Jacka Żalka propozycją uczynienia prezydenta Bronisława Komorowskiego królem polskim. Moim zdaniem jest to całkowicie uzasadnione. Jako że Polska nie ma żadnego własnego legitymizmu, jej struktury nie stanowią kontynuacji instytucji żadnego prawowitego państwa. Jest chaosem potrzebującym unormowania, po pierwsze: symbolicznego. Taka restauracja monarchii w Polsce byłaby oczywiście „tylko” restauracją formy, reżim zaś pozostałby demokratyczno-liberalny. To jednak nie ma znaczenia. Ustanowienie w centrum życia państwowego osoby króla (oraz jego rodziny, dworu itd.) z pewnością dałoby szanse na estetyczne przeorientowanie całego życia społecznego, politycznego, kulturowego. Nawet jeśli nie przyniosłoby to zbudowania rygorystycznej hierarchii wśród ludzkich form życia, to naturalne instynkty większości ludzi same dokonałyby w masach czegoś podobnego. Państwo, nawet pochodzące z „woli ludu”, zawsze pozostaje pewną konstrukcją „metafizyczną”/„transcendentną” (bo wyobrażeniową) i choćby dla ułatwienia sobie własnego funkcjonowania powinno przydawać sobie blasku i prestiżu. Taka nawet „pozorowana” monarchia byłaby znaczącym krokiem ku odbudowie realnej duchowości wspólnotowego życia, a to poprzez zakreślenie symbolicznych ram ładu. Nie chcę spekulować na temat ewentualnych przekształceń urządzeń ustrojowych, ale zrozumiałe jest, że wprowadzenie władzy monarchicznej równałoby się  utworzeniu związanych z dworem instytucji – naukowych, filantropijnych, edukacyjnych itd. – nad którymi roztoczenie patronatu stanowiłoby o honorze i chwale króla. Byłaby to najprawdopodobniej monarchia dziedziczna, a więc otrzymalibyśmy zupełnie nowe otwarcie w historii Polski – budowa, na której powodzeniu musiałyby skupić się pokolenia. Choćby stabilność ta miałaby charakter tylko estetyczny, to jednak przynajmniej nie całe państwo, jego treść, charakter i orientacja zostałyby oddane na żer zmieniających się co kadencję band rzezimieszków.

Król nie powróci na białym koniu. Może pochodzić nawet z powszechnego referendum. Jasne jest, że forma ta nie niosłaby od razu właściwej metafizycznej treści. Jej wydestylowanie winno być owocem cierpliwej pracy wielu ludzi, oddanych mistyce władzy. Możliwość po temu dałyby właśnie owe „symboliczne ramy”, wychodzące na spotkanie psychicznym potrzebom ludu i planowo je organizujące – król nie zostałby osadzony przecież w pustce, lecz coraz bardziej otaczałby się odpowiednimi instytucjami. Jednostki inteligentne same z siebie poczęłyby zastanawiać się nad ich nie powierzchownym, lecz głębszym, ezoterycznym znaczeniem. O ile celebrowanie form republikańskich zakrawa na atawistyczny i subiektywistyczny/woluntarystyczny chaos, zduplikowany dodatkowo przez demokratyczno-liberalny reżim państwa, to przecież królestwu towarzyszy cały bagaż tradycyjnych wyobrażeń – dziś pozbawione znaczenia, wówczas z pewnością doszłyby do głosu i stałyby się częścią oficjalnych praktyk i teorii wspólnotowego życia. W ten sposób polityczna forma uzyskiwałaby coraz wydatniejsze zakotwiczenie w metafizyce. W istocie, nowe królestwo z pewnością wypracowałoby własną filozofię (a może nawet i teologię) polityczną. Jej zrozumienie poprowadziłoby jej adeptów na ścieżki prawdziwej Gnozy, żmudnego docierania do archetypowego znaczenia ulotnych, doczesnych form. „Zbawienie przez politykę” – czy raczej namysł nad nią – ? Możliwe, uwierzmy w to. Dla uduchowionych intelektualistów byłaby to naprawdę wielka szansa – wreszcie zostaliby oderwani od gorączkowych ideologicznych spekulacji, jałowego deliberowania o tym, jaki ustrój jest najbliższy i najprzyjaźniejszy Tradycji. Zapewniony im porządek symboliczny dałby im stabilizację o jakiej w republikańskim burdelu mogą tylko pomarzyć. A kto wie, być może wzorem księcia Walii Karola król Bronisław I roztoczyłby patronat nad różnymi perennialistycznymi imprezami?

Osoba aktualnego prezydenta jest wręcz wymarzona do realizacji tej monarchistycznej propozycji. Bronisław Komorowski dysponuje pokaźnym kapitałem symbolicznym. Jako arystokrata – do tego czynny w polityce, co jest dziś rzadkie – jest zanurzony w socjologicznej tradycji, która jako jedna z niewielu donosiła bagaż historycznych form o metahistorycznym znaczeniu. W jego osobie uwidoczniłaby się realna ciągłość społecznego, politycznego i kulturowego dziedzictwa – nie tylko roszczenia zantagonizowanych frakcji podzielonego tłumu, jak to ze smutkiem obserwujemy od niemal ćwierć wieku. Aktualna sytuacja polityczna w Polsce coraz bardziej przypomina za to epokę saską, co należy uznać oczywiście za pozytywne. Gorąco pragnę rządów nowego Sasa, dającego ludziom po prostu żyć ich prywatnym życiem, a demobilizującego polityczne szaleństwo opętanych pseudo-mitami mas. JKM Bronisław I może być sobie suwerenem tylko symbolicznym, niech „panuje, a nie rządzi”. Jak doskonale to widzimy, jest otoczony mrowiem pracowitych Mauretańczyków, wprawnych techników władzy, którzy niczym aniołowie zajmują się właściwym – często brudnym – zarządzaniem arkanami państwa. Faktycznym demiurgiem i tak byłby (i jest) kto inny, ale to rolą króla byłoby zbieranie chwały. Wrogowie panowania króla Bronisława to popierający nowego Leszczyńskiego wichrzyciele, zamierzający budować swój porządek w oparciu o uwielbienie pseudo-cywilizacyjnych wartości zaoceanicznego mocarstwa. Nic nowego. Restaurowany (czy raczej instaurowany) król z czystym sumieniem powinien napiętnować ich – choćby tylko symbolicznie – jako „heretyków politycznych”, chuligańskich insurgentów zakłócających spokój i porządek odnowionego po licznych historycznych bólach królestwa. Bo przecież w gruncie rzeczy od roku 1989 żyjemy w interregnum, na którego kres można mieć nadzieję dopiero od czasu ufundowania przejawiającej oznaki katechontyczności władzy partii dobrze wiedzącej, czego chce – i umiejącej to osiągnąć (a to w Polsce nadzwyczajna rzadkość). Kto będzie naszym generałem Monkiem?

Pomarzyć zawsze można.

Tomasz Wiśniewski

6 komentarzy

Leave a Reply