Od Redakcji: Przyczyny, przebieg i konsekwencje rosyjskiego kryzysu konstytucyjnego z 1993 roku wciąż nie doczekały się w Polsce dotykających sedna sprawy opracowań. W dziewiętnastą rocznicę tamtych krwawych wydarzeń proponujemy naszym Czytelnikom, będący literackim opisem zawartym w fabularyzowanej biografii Eduarda Limonowa, fragment traktujący o 3 i 4 października 1993 w Moskwie.
Patriotów jest już kilka tysięcy, zbierają się przed budynkiem, który dwa lata wcześniej był dla całego świata symbolem triumfu Jelcyna i „demokratów”. Kim są ci „patrioci”? Ogólnie rzecz biorąc – ludźmi, którzy wcześniej wykrzykiwali swój gniew na ulicach Moskwy. Część z nich, nie wszyscy, to ci, których nazwalibyśmy faszystami. Ale dziś ci faszyści przychodzą jako strażnicy porządku konstytucyjnego i gdy oskarżają demokratów, że w obronie demokracji, której nikt nie chce, są gotowi wprowadzić dyktaturę, nie można tak do końca odmówić im słuszności. Gwoli uzupełnienia dodajmy, że dwaj mężczyźni, którzy stają na czele rebelii przeciwko Jelcynowi, dwa lata wcześniej, w tym samym miejscu, byli po jego stronie. Są to: przewodniczący Dumy, Czeczen Rusłan Chasbułatow, i wiceprezydent Republiki, generał Aleksander Ruckoj, niegdyś żołnierz w Afganistanie, który chociaż należy do ekipy będącej u władzy, bez przerwy wyżywa się na „małym gnojku w różowych spodenkach” – jak nazywa premiera Jegora Gajdara, odkąd ten ostatni nieopatrznie dał się sfotografować podczas gry w golfa w takim właśnie stroju.
Tego samego wieczoru Ruckoj i Chasbułatow zwołują nadzwyczajne posiedzenie rozwiązanego zgromadzenia parlamentarnego, które, po pierwsze, uznaje za niekonstytucyjne swoje własne rozwiązanie, po drugie, obala Jelcyna, po trzecie, mianuje Ruckiego prezydentem na jego miejsce, i po czwarte, okupuje Biały Dom, ogłaszając, że robi to z woli ludu i wyjdzie z budynku dopiero, gdy wyniosą członków parlamentu na bagnetach. Poza deputowanymi – rebeliantami w budynku znajduje się tłum patriotów zdecydowanych go bronić, a wśród nich Eduard, który spędza noc, podekscytowany jak wariat, na chodzeniu od jednej sali posiedzeń do drugiej. Każda z nich spowita jest gęstym obłokiem dymu papierosowego. Ludzie dyskutują, krytykują się nawzajem, piją, redagują komunikaty, dobierają skład nowego rządu. Eduard jest zniecierpliwiony tą gadaniną. Uważa, że zawsze będzie czas, żeby rozdzielić między siebie ministerstwa. Najpilniejszą sprawą jest teraz przygotowanie się do oblężenia, które zbliża się wielkimi krokami.
Udaje mu się dotrzeć do gabinetu na ostatnim piętrze, w którym zamknięty jest Ruckoj. Żołnierze trzymają wartę przed drzwiami, ale Eduard nalega i wreszcie uzyskuje zgodę na audiencję. Ubrany w panterkę generał przyjmuje go z błędnym wzrokiem. Niezbyt dobrze wie, kto jest jego gościem, ale dochodzi trzecia nad ranem, a on czuje tak wielką presję, że porozmawiałby z byle kim. Poza tym Eduard nazywa go „towarzyszem prezydentem”: jeszcze nie przywykł, podoba mu się to.
Od początku tego wieczoru towarzysz prezydent dzwoni do wszystkich baz wojskowych w Rosji, żeby wybadać sytuację.
– I jak to wygląda? – niepokoi się Eduard.
Generał krzywi się:
– Normalno – to szerokie pojęcie może oznaczać zarówno: „świetnie, dziękuję”, jak i „tak sobie”.
W tym cały kłopot. Po czyjej stronie stanie armia w tej próbie sił? Gdyby przyjąć, że tak jak dwa lata wcześniej pozostanie po stronie prawa, to czym jest prawo? Który prezydent jest prawowity? Jelcyn czy Ruckoj? Stany Zjednoczone, Anglia, Niemcy i Francja właśnie zadeklarowały poparcie dla Jelcyna przeciwko nowym puczystom i ta wiadomość najwyraźniej wstrząsnęła generałem.
Żeby nieco wzmocnić jego morale, Eduard chce wykazać, że w stanowisku krajów Zachodu nie ma niczego dziwnego.
– Chcą tylko jednego: Rosji na kolanach, dlatego zawsze będą popierać zdrajców, takich jak Gorbaczow i Jelcyn. Ale to, co się dzieje tym razem, to nie jest pucz. To demokratycznie wybrany parlament nie zgadza się na dyktaturę, i Zachód będzie musiał to zaakceptować, jeśli ma pozostać wierny swoim wartościom.
– To prawda – zgadza się generał, marszcząc czoło, jak gdyby wcześniej o tym nie myślał chciał teraz zapamiętać ten argument, by użyć go w jakimś przemówieniu.
– Liczy się nie to – ciągnie Eduard, wykorzystując swoją przewagę – co dzieje się w kancelariach. A nawet nie to, co dzieje się w koszarach. Liczy się to, co dzieje się tu, w Białym Domu. To tu wszystko rozegrało się poprzednim razem i to tu wszystko rozegra się także i teraz. Jelcyn się nie cofnie, my też nie. Trzeba będzie się bić. Czy mamy broń?
– Tak – mówi generał.
– Wystarczająco dużo broni?
– Tak, wystarczająco dużo.
– Więc na co pan czeka? Trzeba ją rozdać.
– Nie teraz – mówi generał. – Jest za wcześnie.
Eduard marszczy brwi.
– Za wcześnie? To samo socjaldemokraci mówili w 1917 roku. Że sytuacja nie dojrzała do rewolucji, że w Rosji nie ma klasy robotniczej, bla, bla, bla… Na szczęście Lenin myślał inaczej. Wielki człowiek to taki, który potrafi wyczuć odpowiedni moment. Grecy nazywają to kairos – (to Dugin nauczył go tego słowa, uwielbia je). – Jesteśmy dokładnie w tym momencie. Najdzielniejsi ludzie Rosji są tu, gotowi się bić. To pan musi wybrać, towarzyszu prezydencie: czy chce pan przejść do Historii jako wielki człowiek, czy jako tchórz?
Zagalopował się, Ruckoj się denerwuje:
– Kim pan właściwie jest? Pisarzem, tak? Intelektualistą? Niech pan zostawi decyzje wojskowe specjalistom.
Eduard się zachłystuje: on – intelektualistą? Ruckoj ma dość, odprawia go.
Dzień później Eduard popełnia błąd. Wychodzi z budynku. Dostęp do Białego Domu jest dość łatwy, planuje wrócić szybko, idzie tylko do przyjaciół wziąć prysznic i się przebrać, a potem do Dugina, na którego naciska, by dołączył do patriotów. Ale Dugin woli śledzić zdarzenia w telewizji i po raz pierwszy Eduard podejrzewa go o lekkie tchórzostwo. Gdy Limonow wraca, oblężenie już trwa. Jelcyn kazał odciąć prąd i telefony, rozstawił pułki OMON-u i oczywiście przejścia już nie. Mimo to Eduard przez całą noc próbuje przedostać się do Białego Domu. Przeciskając się między wojskowymi ciężarówkami a kordonami wojska, z karabinem maszynowym na biodrze, wygląda jak partyzant w czasie nazistowskiej okupacji. Z głośników niestrudzenie płynie rządowa propaganda nakazująca powstańcom się poddać. Z zewnątrz widać w oknach budynku płomyki i cienie jak duchy. Tam, w środku, światło dają teraz świece.
(…)
Wszyscy ci, którzy tam byli i wyszli żywi, mówią to samo: „Titanic”. Nie ma światła, nie ma telefonów, nie ma już też wody ani ogrzewania, zapasy jedzenia i picia w bufecie są na wyczerpaniu. Ludzie zdychają z zimna, śmierdzą. Palą meble biurowe i gromadzą się wokół prowizorycznych ognisk, żeby śpiewać pieśni prawosławne i piosenki patriotyczne z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i wzajemnie nakłaniać się do męczeństwa. Ci ludzie to Kozacy o długich wąsach, starzy stalinowcy, młodzi neonaziści, deputowani – legaliści, brodaci popi. Zresztą, w tak poważnej sytuacji, popi nie próżnują: pokoje deputowanych zamieniają się w „konfesjonały” i chrzcielnice, przed którymi ustawiają się kolejki. Niewielka ilość wody, która jeszcze została, jest poświęcona. Ikony i plakaty z Matką Boską sąsiadują z portretami Lenina i Mikołaja II, czerwone flagi – z opaskami ze swastyką. (…) Dwaj liderzy, Ruckoj i Chasbułatow, w czarnych koszulach i kamizelkach kuloodpornych, zaczynają mówić o zbiorowym samobójstwie. Nikt nie śpi.
Eduarda to wszystko pomija i jest niepocieszony. Nie ominęła go za to ogromna manifestacja, która 3 października zebrała się przed moskiewskim Białym Domem: kilkaset tysięcy ludzi wspiera buntowników, machając czerwonymi flagami. Przyszedł z nimi młody Rabko, ukraiński student, który po Duginie i Limonowie jest trzecim członkiem Partii Narodowo-Bolszewickiej. (…) Pierwsza krew, pierwsi ranni. Tłum grzmi, stawia opór, przerywa jeden ze zbrojnych kordonów. OMON-owcy panikują, strzelają jak opętani, zaciągają demonstrantów do ciężarówek, żeby tam ich masakrować. Młodzi ludzie rozpoznają Eduarda, otaczają go, chronią własnymi ciałami. Z balkonu Białego Domu Ruckoj z megafonem w ręku przemawia do tłumu. Wyjdziemy! Pójdziemy na Kreml! Aresztujemy Jelcyna! Weźmiemy szturmem Ostankino!
Ostankino to wieża telewizyjna, zatem wyzwanie jest ogromne. Jeśli rebelianci przejmą kontrolę nad informacją, ich los może się odwrócić. Autobusy i samochody zaczynają wypełniać się uzbrojonymi ludźmi, którzy krzyczą: „Na Ostankino! Na Ostankino!”. Eduard i młody Rabko wsiadają do jednego z autobusów. Przejeżdżają przez opustoszałe miasto. Ludzie boją się wychodzić. Spotykani z rzadka gapie na widok tego orszaku układają palce w literę V, oznaczającą zwycięstwo. W autobusie Eduard udziela wywiadu irlandzkiemu dziennikarzowi. „To jeszcze nie jest zwycięstwo – mówi – ale naród podnosi głowę”.
„Lubicie słowa: wojna domowa? – pisał piętnaście lat wcześniej w Dniewniku nieudacznika. – Ja bardzo.”
Emmanuel Carrère, „Limonow – powieść”, Wydawnictwo Literackie 2012, str. 339-346. Skróty pochodzą od Redakcji.
6 komentarzy