Tomasz Wiśniewski: To my zabiliśmy Lenina

W tekście Czerwony awatar gniewu Aleksander Dugin przekazuje nam treści elektryzujące, dekonstruktywne, wywrotowe. W brawurowym stylu rewiduje i reinterpretuje postrzeganie wodza sowieckiej rewolucji Władimira Iljicza Uljanowa. Dugin nie bawi się w mozolną zmianę dotychczasowego oświetlenia doskonale znanych faktów, lecz wprost pisze o kluczowości postaci Lenina dla psychicznych i metafizycznych zasobów – a więc Jungowskiego „życia symbolicznego” – współczesnych Rosjan. Jawi się on z pewnością jako postać tragiczna, uwikłana w logiki odrębnych światów, doczesnego i nadprzyrodzonego; z pewnością transcenduje historię, a poprzez jego czyny uosabiana przezeń ideologia przekracza swój wyłącznie polityczny wymiar. W istocie Dugin stawia nas przed problemem apokatastazy i zapytaniem, „czy szatan może zostać zbawiony?”.

Ale nie będziemy tu tego roztrząsać. Dla naszej skromnej sprawy ważny jest sposób, w jaki Lenin zostaje przywrócony światu Tradycji – jest jego mimowolnym partyzantem nawet jako pseudo-apokaliptyczny trickster, huraganowym ogniem swojego gniewu pustoszący industrialną utopię burżuazji. W myśl logiki „im gorzej, tym lepiej” pozbawia tradycjonalistów złudzeń co do możliwości zawarcia ugody z Rewolucją – za każdy zawarty z nią kompromis nadciąga kolejna, jeszcze straszniejsza jej fala. Wobec tej postawy zwyczajowe styl myślenia konserwatywnego, „realistycznego” nie tyle traci swój sens, co nawet go rozszerza – po prestiżowo-honorowo-kompleksowym paktowaniu z demoliberalizmem (i kolejnej rewolucji) układ z jakimś socjalizmem staje się egzystencjalną koniecznością. Historia jest nieubłagana i wrzuca nas w coraz straszniejsze próby – po czym daje chwile oddechu, abyśmy mogli na chłodno rozważyć swoje uprzednie postępowanie; jak się okazuje, zazwyczaj durne, ale i tak niczego nie umiemy się w końcu nauczyć. Teoretycznym atutem wypowiedzi Dugina jest danie modelu tradycjonalistycznej rekonstrukcji co bardziej ekstremalnych epizodów dziejowych w ramach – wymaganych przecież dla holizmu wszelkiej formacji metapolitycznej – narracji historiograficznej czy nawet historiozoficznej. Dugin jest najpoważniejszym myślicielem oraz działaczem tradycjonalizmu współcześnie, jego koncepcje więc mają rangę paradygmatyczną.

Lenin w ogóle zajmuje kluczowe miejsce w ideowo-politycznej ewolucji marksizmu. Jak wiadomo, naciągnął on czystą marksistowską teorię, w myśl której rewolucja mogła zajść tylko w kraju przemysłowym i po naturalnym wyczerpaniu się kapitalizmu. Lenin zrobił rewolucję w kraju rolniczym, zacofanym, dopiero co odgórnie implementującym rozwiązania gospodarki kapitalistycznej (w istocie był to zawoalowany kolonializm, ponieważ Rosja zdecydowanie nie należała i nie należy do społeczno-politycznej formacji nowoczesności). Był heretykiem marksizmu, lecz również pionierem wcielania marksizmu w życie – na jego odpowiedzialność należy scedować wszystkie zaszłe w historii komunistyczne rewolucje, ogarniające swoim działaniem przeważnie Eurazję, naprawdę wielkie jej części. Leninizm zapoczątkował wielką w swoim rozmachu praktykę sowietyzmu, który ideologicznie – choć oczywiście zmodyfikowany – wpłynął następnie na maoizm i inne azjatyckie komunizmy narodowe. Ichniejsze rewolucje nie wybuchają już w imię robotników, lecz rolników, industrializację traktując jako zło przynoszone przez zewnętrznych opresorów. Dzięki Leninowi typowo nowocześniacka ideologia, jaką był marksizm, zatoczyła koło i otworzyła się na żywioły agrarne, dowartościowała pierwiastek chtoniczny i wprzęgła się na służbę lokalnych tradycji.

Użyteczność historycznych przykładów komunizmu narodowego jest oczywista. I tak, ważną dla nas postacią może niesięgającą poziomem Leninowi (czym w ogóle jest Polska wobec Rosji…), ale działającą w ramach będącego konsekwencją jego działań układu geopolityczno-ideologicznego, jest eks-narodowy rewolucjonista Bolesław Piasecki. Głównie z powodu dania przykładu realistycznej działalności, co należałoby w sumie skonceptualizować i ująć wreszcie jako systematyczną metodę. Piasecki poza tym to tylko symbol (choć ważny) radzenia sobie w skrajnie niesprzyjających okolicznościach – jest niejako tych okoliczności rewersem. Nieważne, czy ich nastanie było historyczną koniecznością czy nie – dla nas, żyjących dawno po nich, to po prostu „stało się”, a w swojej historycznej wartości jest równie ważne jak każdy inny epizod dziejów (PRL  dodatkowo należy szanować za jej relatywne długie trwanie, a co za tym idzie – systemową stałość, jaką umiała zapewnić społeczeństwu). Piasecki stoi w progu, za którym rozciąga się szarobura menażeria „tych złych” – ale nadal nie tak złych jak Lenin. Mniejsza. Trzeba w końcu postawić pytanie o metahistoryczną zasadność istnienia całego polskiego ruchu narodowego, który – szczególnie witalny w okresie międzywojennym – nie forsował niczego innego jak kolejny projekt modernizacyjny i okcydentalizacyjny. Widać to w różnicy obrotu spraw między Zachodem a Wschodem Europy w okresie po drugiej wojnie światowej.

Działalność nacjonalizmu w Polsce nie odbiegała od działalności podobnych ruchów, zwłaszcza w krajach romańskich. Wszyscy doskonale widzimy różnicę pomiędzy historyczno-społeczną sytuacją tamtych krajów a naszej części Europy. Ułomny, bo ułomny, ale bogaty w zasoby dobrze pojmowanego atawizmu skansen człowieka tradycyjnego (czy nawet archaicznego!) znajduje się u nas. Zawdzięczamy to jedynie półwieczu pseudo-komunistycznego zabetonowania, a nawet i pierwsza połowa dotychczasowego okresu neoliberalnej dekadencji nie była pod tym względem wcale najgorsza (jeśli rozumieć go na zasadzie karnawału czy potlaczu). W innym wypadku dziedzictwo ’68 miałoby dla nas podobne znaczenie co dla Niemców oraz Francuzów… Ów dany czas – czy raczej stan – należało przemyśleć i wykorzystać, a nie górnolotnie się przeciw niemu buntować. Dzisiaj resztkami pozostałych rezerw musimy zarządzać bardzo ostrożnie, gra jest bowiem delikatna, a stawka – jak zwykle – niewyobrażalna. Czego możemy spodziewać się od przyszłości? Czy kolejny Czyngis Chan orężem Rewolucji uczyni iPhone’a (przypomnijmy sobie, jak w zeszłym roku skrzykiwali się domorośli podpalacze Londynu), tak jak poprzednio telegrafem posługiwał się Lenin? I kto go zabije?

Tomasz Wiśniewski

10 komentarzy

Leave a Reply