3 stycznia b.r. odbyło się posiedzenie Sejmowej Komisji Obrony Narodowej poświęcone reformie systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej. W posiedzeniu uczestniczyli m.in. szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego generał Stanisław Koziej oraz minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak.
Przyjęte przez rząd na początku grudnia założenia przewidują utworzenie dwóch dowództw: generalnego, odpowiedzialnego za codzienne zarządzanie wojskiem, i operacyjnego, dowodzącego bezpośrednimi działaniami prowadzących je jednostek wojskowych. Sztab Generalny ma się stać organem planistyczno-doradczym. Proponowana reforma polega na rozdzieleniu funkcji planowania, dowodzenia ogólnego i dowodzenia operacyjnego. Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, odpowiedzialne za ogólne dowodzenie wojskiem w czasie pokoju, ma się składać z inspektoratów Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych, Marynarki Wojennej i Wojsk Specjalnych. Zadaniem Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych ma być dowodzenie operacyjne w czasie wojen, kryzysów i dowodzenie siłami wydzielonymi do misji zagranicznych. Sztab Generalny ma się stać organem pomocniczym ministra. Zadaniami Sztabu mają być: planowanie strategicznego użycia armii, opracowywanie programów wieloletniego rozwoju sił zbrojnych oraz doradzanie w sprawach dotyczących ogólnej i operacyjnej działalności armii. Szef Sztabu Generalnego, dowódca generalny i dowódca operacyjny mają podlegać bezpośrednio ministrowi obrony.
Minister obrony narodowej podkreślił, że model, w którym dowódcy będą podlegali ministrowi bez pośrednictwa szefa Sztabu Generalnego, zwiększa „cywilną kontrolę” nad armią. „Trzeba rozwiać wątpliwości. Konstytucja nic nie mówi, że szef Sztabu Generalnego musi dowodzić siłami zbrojnymi” – zapewniał generał Koziej. Zaznaczył, że rodzaje sił zbrojnych – wojska lądowe, powietrzne, morskie i specjalne – pozostaną; zmiany mają dotyczyć tylko najwyższych dowództw. Koziej przekonywał też, że reforma nie umniejszyłaby roli szefa Sztabu Generalnego – choć nie byłby dowódcą, to on na przykład doradzałby prezydentowi, czy przyjąć propozycje naczelnego dowódcy. Siemoniak podał przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie szef połączonych sztabów „jest pierwszym żołnierzem” – choć nie dowodzi, podpowiada rozwiązania sekretarzowi obrony i prezydentowi.
Źródło: Polska Agencja Prasowa, bbn.gov.pl
Komentarz Redakcji: Rządowe propozycje dotyczące przyszłego kształtu systemu dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP budzą duże zaniepokojenie. Zachwalany „model, w którym dowódcy będą podlegali ministrowi bez pośrednictwa szefa Sztabu Generalnego” oznacza poważne naruszenie, jeśli nie wprost zniszczenie hierarchicznej struktury armii. Z kolei zwiększenie „cywilnej kontroli nad armią” oznacza, że w wojsku mniej do powiedzenia będą mieć profesjonaliści, tzn. kompetentni dowódcy, a więcej – cywilni politykierzy z sejmowej ławy: mianowani z klucza partyjnego dyletanci, zazwyczaj prowincjonalne adwokaciny, czasem lekarze pozbawieni prawa wykonywania zawodu (b. minister obrony narodowej Bogdan Klich), dziennikarze awansowani na polityków (b. minister obrony narodowej „Radek” Sikorski) i tym podobny element. W czasie pokoju czy wojny, Siły Zbrojne muszą mieć jednego naczelnego dowódcę! I nie powinien nim być cywil, ani p. Siemoniak, ani żaden inny, lecz generał we właściwej randze. Tymczasem reforma systemu dowodzenia w proponowanym przez rząd kształcie uczyni tym dowódcą parlamentarnego ministra obrony narodowej. Wszystko według najgorszych atlantyckich wzorców, czego nie omieszkał zresztą podkreślić szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. (A.D.)







