Malijskie wojsko urządza pogromy Tuaregów i Arabów, podejrzewając ich o wspieranie secesji Azawadu. W miastach Mopti, Niono i Sevare malijscy żołnierze rozstrzelali kilkudziesięciu Tuaregów i Arabów, a następnie spalili ich zwłoki. Kiedy rozniosły się wieści o pogromach w Sevare, malijskie wojsko przestało wpuszczać do miasta dziennikarzy.
Malijska armia składa się w ogromnej większości z żołnierzy wywodzących się z dawnego południa Mali, należącego do Czarnej Afryki. Murzyńskie ludy Bambara, Songhaj, Fulani czy Malinke stanowią większość ludności tego państwa. To ludy południa przejęły władzę w tej byłej kolonii francuskiej ogłoszonej w 1960 r. niepodległym państwem. Songhajowie czy Fulani stanowią też większość mieszkańców Azawadu. Zamieszkujący go Tuaregowie po 1960 r. zostali zmajoryzowani przez ludy z południa. W północnej części Mali regularnie wybuchały tuareskie powstania. Wywodzący się z południa kraju żołnierze z rządowego wojska nigdy nie potrafili walczyć z rebeliantami na pustyni. Widząc słabość swojej armii, rządy z Bamako do tłumienia powstań Tuaregów od lat wykorzystywały więc plemienne milicje miejscowych Songhajów i Fulanich. Władze zbroiły ich, opłacały i dawały wolną rękę w walce z partyzantami. Milicje Ganda Koy i Ganda Iso, stosując zasadę zbiorowej odpowiedzialności, pacyfikowały i plądrowały wioski Tuaregów. Milicje działały głównie w regionach Mopti, Douentza i Sevare, gdzie dziś dochodzi do zbiorowych mordów na Tuaregach.
Do prześladowań Tuaregów w Bamako i innych miastach południa Mali doszło już przed rokiem, gdy wracający z Libii tuarescy ochotnicy, broniący Muammara Kadafiego, wywołali na północy Mali kolejne powstanie. Tym razem, uzbrojeni w arsenały Kadafiego, rozbili rządowe wojsko i w kwietniu 2012 r. ogłosili niepodległość Azawadu. W odwecie na południu Mali miejscowe bojówki napadały i rabowały domy Tuaregów, których okrzyknięto zdrajcami. Kiedy w czerwcu ub. r. władzę nad Azawadem przejęli saharyjscy islamiści, wywodzący się głównie z Algierii, w Bamako i innych miastach południa za zdrajców uznano też Arabów.
W Sevare żołnierze zebrali na placu ludzi i sprawdzali ich dokumenty. Tych, którzy nie mieli żadnych dowodów tożsamości, oskarżono, że są ukrywającymi się islamistami i na miejscu zastrzelono. Za dowód winy wystarcza żołnierzom nierzadko jaśniejszy kolor skóry, zarost na twarzy czy ubiór zdradzający narodowość tuareską czy arabską. Obawiając się prześladowań, wielu Tuaregów i Arabów południa kraju goli brody, by nie być uznanymi za popleczników islamistów. Tuaregowie z Bamako skarżą się, że wojsko dokonuje w ich domach ciągłych rewizji, podczas których dopuszcza się przemocy i grabieży. To samo spotyka stołecznych Arabów.
Źródło: Polska Agencja Prasowa
Komentarz Redakcji: Agresja wojskowa na Azawad przeradza się zatem w wojnę rasową, która ogarnia również terytorium Mali – a wszystko to odbywa się pod egidą obecnych militarnie w tym kraju, demoliberalnych egzekutorów „praw człowieka” z Paryża i Waszyngtonu. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież doktryna „praw człowieka” objawia się z reguły deklarowaniem w kółko potępień wszelkiej przemocy na tle etnicznym, a zwłaszcza rasowym. Tak, ale przecież wojna w Azawadzie toczy się w tej chwili o przywrócenie „demokracji, praw człowieka i porządku konstytucyjnego”, czyli, mówiąc normalnym językiem, strategicznej kontroli państw bloku zachodniego na byłym terytorium Mali, więc jeżeli zakończy się po ich myśli, Zachód bardzo stanowczo potępi masowe mordy na Tuaregach i Arabach dokonane rękami własnego mięsa armatniego (resp. armii Mali), bardzo stanowczo wezwie do ukarania winnych, po czym sprawę się wyciszy. Zgodnie z zasadą – nomen omen – „Murzyn zrobił swoje…”. (A.D.)







