Waszyngton odwołał swoich przedstawicieli z „grupy roboczej do spraw społeczeństwa obywatelskiego”, działającej w ramach amerykańsko-rosyjskiej Komisji Prezydenckiej, utworzonej w 2009 r. po ogłoszeniu „resetu” stosunków obu państw. Poinformował o tym 25 stycznia współprzewodniczący tej grupy Thomas Melia (zastępca sekretarza stanu USA „do spraw demokracji, praw człowieka i pracy”), podając jako powód tej decyzji wprowadzenie przez rosyjskie władze nowych „ograniczeń wobec społeczeństwa obywatelskiego”. Chodzi o przyjęte latem ub. r. ustawy ograniczającej możliwości działania sponsorowanych z zagranicy „organizacji pozarządowych” oraz wprowadzony również w 2012 r. prawny zakaz adopcji rosyjskich dzieci przez obywateli USA.
Źródło: osw.waw.pl
Komentarz Redakcji: Narracje „społeczeństwa obywatelskiego” i „praw człowieka”, choć same te hasła nic konkretnego nie znaczą, zostały wprowadzone do polityki zagranicznej przez amerykańskich prezydentów Jamesa Cartera i Ronalda Reagana w konkretnym celu. Do dziś stanowią one narzędzie propagandowego nacisku na państwa desygnowane przez blok zachodni na przeciwników oraz rozmiękczania ich od wewnątrz dywersją ideologiczną. Rządy wielu państw zmieniały na żądanie Zachodu swoją politykę, wycofywały się ze swoich programów i inicjatyw, godziły się na rolę wykonawcy cudzych poleceń – słowem, dawały publicznie upokarzać siebie i swoje kraje – na skutek sugestii, że inaczej zostaną oskarżone o brak poważania dla „praw człowieka” czy „społeczeństwa obywatelskiego”. Przykład Rosji, która wypięła się na roszczenia Zachodu udrapowane w bełkot o „społeczeństwie obywatelskim” i nie zamierza z tego powodu posypywać głowy popiołem, budzi nadzieję na zakończenie z wolna tej globalnej psychozy. W miarę, jak postępuje emancypacja konkurencyjnych względem Zachodu ośrodków siły, a monocentryczny porządek międzynarodowy ulega erozji, próby terroryzowania państw niezachodnich oskarżeniami o „łamanie praw człowieka”, „ograniczanie praw obywatelskich” czy „niedemokratyczność” coraz częściej okazują się nieskuteczne (np. w relacjach państw zachodnich z Chinami). Jeżeli ta nieskuteczność upowszechni się, bełkot o „prawach człowieka”, „społeczeństwie obywatelskim” i tak dalej wypadnie z instrumentarium polityki międzynarodowej. Przykład Rosji przypomina o czymś jeszcze: wcale nie jest prawdą, że żyjemy w erze „praw człowieka”. Demoliberalizm nie przyniósł „końca historii”. Nowoczesne państwo może i ma prawo nie ulegać takim ideologicznym czy propagandowym próbom szantażu, ale w tym celu jego elita rządząca musi mieć silne poczucie wartości własnego państwa. Niestety wiele do tego brakuje m.in. Polsce. (A.D.)







