Rask Hetmański: Na bezdrożach lewactwa

Organizacja Czerwonej Gwardii zakończyła swoją działalność. Nie było sensu ciągnąć tego biznesu dalej. Marksizm zawsze wydawał mi się ideologią, która umiejętnie i rozumnie objaśnia złożoność świata dając jednocześnie gotowe recepty na rozwiązanie sprzeczności, które atomizują wszelki postęp społeczeństwa na drodze jego rozwoju. Jednak nie przewidziałem, że wchodząc w marksizm – szczegółowo analizując treści z niego wypływające – stanę na pozycjach antymarksistowskich. Uważałem, że taka krytyczna dyskusja o marksizmie w środowisku lewicowym jest potrzeba, żeby wraz z innym lewicującymi podmiotami wypracować nową jakość antysystemowości.

Okazało się, że jedyny dzisiaj pomysł na lewicowość to zaangażowanie w spory i akcje, które w żaden sposób nie wnoszą „świeżości” a tym bardziej nie wpływają na rzeczywistość. Lewicowość istniejąca to permanentne stępianie buntu i pacyfikowanie pojawiającego się radykalizmu, atomizowanie wszelkiej realnej antysystemowości. Nie ma w Polsce opozycji antykapitalistycznej, nie ma intelektualnych przywódców rewolucyjnej nauki. Nie ma ruchu! Jest zastój, rozkład i bojkot wszystkiego co radykalne, postępowe i myślące.

Środowisko lewicowe w większości opanowane jest przez bezideowe miernoty, dla których kwintesencją rewolucyjnej działalności to walka o prawa lokatorów i zademonstrowanie swojej bojowości obecnością na pochodzie 1 majowym.

Intelektualnie lewica leży i wesoło tarza się po ziemi. Nie ma tam sporów o filozofię, czy też o świeże spojrzenia na marksizm. Jest zabawa w historię, która ma coś z talmudycznej szkoły, bo w tej całej hecy idzie o weselsze i bardziej dla komucha przyjazne zinterpretowanie wydarzeń historycznych. Przy czym co interpretacja to inna od poprzedniej i bardziej odkłamująca historię komunizmu.

Z tą historią komunizmu to też dużo śmiechu i zabawy jest w lewicowym przedszkolu. Każdy lewak powie, że komunizmu nie było, że były tylko wypaczenia. Dla niektórych Lenin to komunizm a Stalin to już nie. Zawsze tym tendencjom upraszczającym złożoność procesu historycznego się przeciwstawiałem. Do lewicowego umysłu próbowałem dotrzeć objaśniając skomplikowany świat za pomocą materializmu dialektycznego. Mówiłem, że komunizm to był proces, który zaczął się w 1917 roku a skończył i skompromitował się w raz z upadkiem ZSRR. Jednak człowiek opętany „naukowym” socjalizmem bardziej jest cierpiącym na manie prześladowczą niż partnerem do intelektualnej konwersacji.

Lewicowcy absolutyzują materializm dialektyczny, z którego niewiele rozumieją. Często można usłyszeć od takiego lewicowca (i jest to największy komplement jaki można w tym środowisku usłyszeć), że ktoś „myśli dialektycznie”. Jeżeli więc myślisz dialektycznie to jesteś fest i mogę iść z tobą na piwo. A jeżeli nie myślisz tak jak by sobie tego życzył lewicowiec, wygłaszasz sądy zgoła odmienne (odchodzisz od marksistowskich definicji i w konsekwencji je podważasz), burząc jego porządek świata, to myślisz metafizycznie i już jesteś „be” a o piwie możesz zapomnieć.

Marksistowski materializm dialektyczny stał się swoistym dogmatem komunistycznej religii. Dzisiaj żeby zostać lewicowym bojownikiem o lepszy świat trzeba podporządkować się prostym formułkom. W ten sposób, nawet najgorszego sortu głupcy, przyjmując za swoje „myślenie dialektyczne” stają się komunistycznymi herosami, moralnymi dysydentami walczącymi zza klawiatury o urzeczywistnienie komunistycznej utopii.

Wielokrotnie próbowałem podnieść na lewicy dyskusję o materializmie dialektycznym tłumacząc, że jest to zaledwie mapa rzeczywistości (terytorium). Każda idea jest niedoskonałym odbiciem świata materialnego. Nie można tej mapy absolutyzować, mówiąc, że to wystarczy. Nauka ma to do siebie, że zawsze jest i będzie ograniczona. Rzeczywistość to materia zbudowana z różnych atomów, które są w ciągłym ruchu, zatem nieustannie zmieniają swoje położenie i swój kształt. Żadne naukowe narzędzie nie będzie w stanie kategorycznie stwierdzić, że materia wgląda tak a nie inaczej. Mapę trzeba udoskonalać. Dlatego fetyszyzacja narzędzi poznania (a takim narzędziem jest materializm dialektyczny) doprowadzić można, w linii prostej, do religijnego dogmatyzmu. Lewak nie myśli obiektywnie, jego sądy i opinie są subiektywne, bo podporządkowane intelektualnie trupiej tradycji. Lewak nie dokona imitacji postępowych idei i rewizji doktryny komunistycznej wiary. Dla niego marksizm jest prawdą objawioną. Zatem idąc tym prostackim (lewackim) i antyintelektualnym(scholastycznym) tokiem rozumowania: mapa to terytorium.

Poza nieumiejętnością zdystansowania się do marksizmu, co jest spowodowane fanatyzmem lub intelektualną ułomnością, lewak ma też niebagatelne problemy z rozwiązywaniem sprzeczności. W komunistycznej religii jest tak, że występuje sprzeczność między proletariatem i burżuazją (walka klas). W marksizmie jest to sprzeczność absolutna (główna strona sprzeczności). Lewicowiec dostrzeże tę sprzeczność wszędzie, nawet tam gdzie ich nie ma… ale mniejsza o to. Problem się pojawia, kiedy zapytamy lewicowego tytana intelektu o rozwiązanie tej sprzeczności. Odpowiedź będzie godna „dialektycznego myślenia”. Według samozwańczego komunisty, jak mamy linię prostą i na jednym końcu jest burżuazja a na drugim proletariat, to jedynym sposobem rozwiązania tej sprzeczności jest klasowa zamiana miejscami (przeniesienie środka ciężkości). Inaczej wysadzenie burżuazji (dosłowne) z ich przewodnich i zarządczych stanowisk i posadzenie tam mniej lub bardziej nieokrzesanych robotników. Tak powstanie dyktatura proletariatu, czyli rządy niewykształconych ciemniaków, dzikiej tłuszczy nad całym narodem. Dla mało lotnych lewicowych intelektualistów jest to proste równanie matematyczne. Jednak dla kogoś, kto ma wątpliwości, owe równanie matematyczne nie ma nic wspólnego z matematyką.

Z drugiej strony lewicowy egalitaryzm to kontynuacja tego tematu – jeden z idealistycznych pierwiastków tworzących komunistyczną religię. Namiętna i ślepia wiara w równość. Wmówienie sobie, że wszyscy ludzie są równi i można zbudować idealny ład społeczny, w którym wszelkie sprzeczności (jedność i walka sprzeczności, które są warunkiem rozwoju) przestaną istnieć. Mamy więc świecki Eden. Mao Tse – Tung powiedział gdzieś, że równość to absurd: wystarczy spojrzeć na dłoń, nawet palce nie są równe.

Zawsze uważałem, że rozumienie walki klas w kontekście przenoszenia środka ciężkości to ucieczka z deszczu pod rynnę. W mojej ocenie nie chodzi o to, żeby niewykształconemu robolowi dać się nażreć przy jaśniepańskim stole. Nie chodzi też o to, żeby zapanowała demokracja proletariacka, bo to doprowadzić może naród do destrukcji (do dyktatury ciemniaków, która z postępem ma tyle wspólnego co piernik z wiatrakiem). Rewolucyjna przebudowa społeczeństwa polega na tym, że istniejące siły (burżuazja i proletariat) potrafimy przekształcić w nową jakość, w coś zupełnie nowego (w syntezę). Przeniesienie środka ciężkości niewiele ma do przebudowy społecznej, do nowej jakości społeczeństwa. Lewak tej złożonej filozofii nie rozumie. Dla niego walka klas to bitwa o burżuazyjne stoły, żeby się do nich dorwać i napchać proletariackie bebechy kawiorem popychając to dobrym Burbonem. Celowo więc stawiam granicę między ruchem robotniczym, który chce zaspokojenia doraźnych potrzeb proletariatu a ruchem rewolucyjnym, który zmaga się z rzeczywistością, żeby ją przekształcić w nową jakość.

Zresztą walka klas też jest fetyszyzowana. Bo przecież nie można powiedzieć, że sprzeczność między burżuazja i proletariatem jest najważniejsza (jak tego chciał Lenin i jego bolszewicy). W mojej ocenie jest to rzecz umowna. Powtarzając za Jerzym Sorelem: czy nie ważniejsza jest walka uciskanego narodu o duchowe i materialne zwycięstwo?

Najzabawniejsze jest to, że do zakutego lewicowego łba moje intelektualne racje nie dotarły. Zaraz usłyszałem, że jestem faszystą, którym antifa powinna czym prędzej się zająć i po proletariacku dać mi w mordę. A wszystko w obawie przed merytoryczną dyskusją, która mogłaby dokonać rewizji marksistowskiej ideologii. Rewizjonizm to też ciekawa sprawa. Dla lewaka jest grzechem śmiertelnym. Nie należy dokonywać rewizji spuścizny intelektualnej klasyków, bo dojdziemy do wypaczeń i zakwestionowania marksistowskich sloganów. Czyli mamy dekalog i bądźmy mu wierni. Jednak to sprawia, że lewica intelektualnie się nie rozwija. Stoi w miejscu. Jeżeli chcemy rozwoju, chcemy postępu w nauce, to musimy dokonać rewizji tego co jest. Tak wygląda rozwój nauki. Innej siły nie ma. Tego lewaki nie rozumieją.

Współczesna lewica nie ma pomysłu na siebie. Pozbawiona też jest dobrego smaku. Nie mogę już czytać tej bolszewickiej nowomowy, którą obficie ocieka lewicowa publicystyka. Tak samo moje oczy są wyczulone na symbole radzieckie i od samego patrzenia dostaję ostrego zapalenia spojówek! To jest koszmarne i archaiczne! Lewicowcy, błagam!, zdobądźcie się chociaż na odrobinę dobrego smaku. Wasze czerwone flagi śmierdzą naftaliną a upodobania do nieżyjącego Lenina to już nekrofilia. Trzeba starą symbolikę wyrzucić i iść dalej. Inaczej wasze uczestnictwo w środowisku antysystemowym będzie bezmyślną religią podporządkowaną głupim rytuałom.

Dlatego też nie widzę sensu, by pozostawać głosem wołającym na pustyni i nakłaniającym opornych lewicowców do merytorycznej dyskusji. Mając spory bagaż doświadczeń mogę śmiało powiedzieć, że środowisko lewicowe w Polsce jest ziemią jałową. Nie inaczej. To tak jakbyśmy zrezygnowali z dojścia do źródła i poszli z prądem. A jak wiadomo z prądem tylko śmiecie płyną.

4 komentarze

Leave a Reply