Tomasz Wiśniewski: Przyszłość Europy

Z perspektywy historyka dokonujące się od kilkudziesięciu lat na tym kontynencie zmiany są bardzo atrakcyjne. I choć wyznawcy wielu ideologii uważają, że wali im się świat (a bo neoliberalizm, a bo ACTA, pedały, sekularyzacja, muzułmanie itd.), to właśnie z tego należy się cieszyć. Ujrzenie radykalnej odmiany to najlepsze, co może spotkać tę stetryczałą, jałową ziemię. Mnie osobiście najbardziej podobają się postępy islamu.

Można powiedzieć, że pod względem historyczno-kulturowym w wielu częściach Europy (Półwysep Iberyjski, Bałkany, Morze Czarne-Kaukaz-Wołga-Ural) islam jest uprawnionym elementem krajobrazu. Trwale zaznaczył swoją obecność, a dziś nikt nie ma już siły go stamtąd usuwać. Imperia islamu od wieków postrzegały Europę jako swój przyszły łup, tak że dzisiejsi ich spadkobiercy są doskonale obeznani z jej charakterystyką. Ważki, choć podpowierzchniowy wpływ wywarł islam na europejską filozofię, literaturę czy nauki ścisłe. Europa byłaby nie do pomyślenia bez islamu.

W wieku XXI islam powraca do nas w nowej postaci. Zachód Europy jest coraz bardziej penetrowany przez pochodzących z najróżniejszych krajów muzułmańskich imigrantów. Reprezentują właściwie wszystkie kultury muzułmańskiej cywilizacji – od Maroka po Indonezję. Osiedlają się w krajach będących ich niegdysiejszymi ciemiężcami, których to obywatele ochoczo na to przyzwalają. Historyczne porachunki wyrównują się w niespodziewanie łagodny i bezstresowy sposób. Liczbowo dominują wśród nich najpewniej Arabowie, ale pamiętać trzeba także o Turkach, Kurdach, Pakistańczykach itd.

Muzułmańskie osadnictwo w krajach Zachodu, tj. głównie w Hiszpanii, Francji, Włoszech, Niemczech, Beneluksie, Wielkiej Brytanii, jest obietnicą wielkiej odmiany kulturowej. Zdegenerowani Aryjczycy na powrót stykają się z dziką, semicką żywotnością ludów pustyni. Oczywiście, część muzułmanów ulega europejskiemu dobrobytowi i daje się zasymilować. To nieunikniony margines. Muzułmanie triumfują jednak swoim potencjałem demograficznym. Chociaż w liczbach bezwzględnych jest ich póki co mało, to tworzą młodą i dynamiczną, pasjonarną elitę. Ich społeczności to placówki ducha przyszłości na tych wyjałowionych ziemiach (historycznie przecież cywilizacja muzułmańska jako system geokulturowy była dziełem takich właśnie aktywnych mniejszości).

Dziełem owego ducha przyszłości będzie synkretyczna cywilizacja rozciągająca się na całe Śródziemnomorze, dzięki temu na powrót zjednoczone. Liczę, że powstanie ona do końca naszego wieku. Wcześniej nadejdzie oczywiście technologiczno-infrastrukturalno-instytucjonalny krach, w efekcie którego państwa Zachodu w ich obecnej postaci przestaną istnieć, zwyczajnie się rozluzują i posypią. Zniknie ich administracja, kadry, klasy, system awansów. Pozostaną niezbyt powiązani ze sobą ludzie, pozbawieni odgórnej opieki. Wszyscy znów będą musieli żyć obok siebie i ze sobą, bez możliwości anonimowego, instytucjonalnego zapośredniczenia. Panowanie będzie należeć do tych, których wspólnoty wykażą się większą zwartością, siłą czy żywotnością. A obecnie najbardziej skonsolidowane, m.in. dzięki religii, są środowiska imigranckie.

Aż miło będzie popatrzeć na rozpad takiej Francji czy Hiszpanii! Pozostałe autochtoniczne wspólnoty rodzaju Bretończyków, Alzatczyków czy Prowansalczyków, Basków, Katalończyków czy Galisyjczyków, zostaną postawione na wprost często równych im liczbą wspólnot imigranckich, arabsko-muzułmańskich. Nastąpi zrównanie dotychczasowych mniejszości, będące przejawem choć odrobiny immanentnej sprawiedliwości dziejowej. Dotychczasowe większości ulegną wpierw wewnętrznemu skłóceniu – wynikającemu z różnic w interesach czy wyznawanych wartościach – i rozpadowi, a wreszcie trwałemu podziałowi pomiędzy terytorialne ośrodki władzy. Rozczłonkowane, staną się mniejszościami wśród mniejszości.

Oczywiście z tych otchłani chaosu wyłonią się nowi suwereni, którzy, oprócz pragmatycznej legitymizacji swojej władzy, obrosną także w symboliczną. Doskonałym kandydatem czy raczej wzorem dla przyszłości jest dziś Karol, książę Walii. Trudny do umieszczenia na mapie dotychczasowej europejskiej myśli politycznej, może okazać się wyrazicielem nadchodzących tendencji. Spotkałem się z określeniem go mianem „fourierysty”, sam wolałbym widzieć go jako perennialistę (perennializm pojmuję jako ściśle duchowy, odgraniczony od ambicji i uwikłań politycznych nurt czy też współistotny aspekt tradycjonalizmu integralnego – od Guénona w stronę Schuona, nie Evoli). Wyraża sympatie proekologiczne, antyindustrialne, jest przychylny multikulturalizmowi – w tym, co ważne, na płaszczyźnie duchowo-wyznaniowej. Marzę wręcz o tym, by jak najszybciej objął on panowanie nad Albionem, skupił wokół siebie ruch ezoterycznego ekumenizmu i stał się awatarem uniwersalnej, mesjańskiej monarchii w duchu Fryderyka II Hohenstaufa. Tym razem przezwyciężając wreszcie przeciwieństwa i różnice między gwelfami a gibelinami, braminami a kszatrijami.

Nadchodząca epoka będzie epoką wielokolorową i policentryczną. Rozkwitnie spontaniczna i synkretyczna religijność oparta na lokalnych kultach i wędrownych bractwach. Życiem wypełnią się koleiny krateru powstałego po wymazaniu z powierzchni ziemi struktur modernej Wieży Babel. Kulturowy marksizm jedyną drogą do Imperium, quand même!

*

Oryginalnie Europa to Ereb, czyli zachód, kraina zmierzchu i śmierci. I rzeczywiście, jej bycie znaczone jest spętaniem przez historię, nawał faktów i kompleksów wynikłych z nagromadzenia różnych szkodliwych dziedzictw. Tylko quasi-apokaliptyczne spazmy wielkich wojen ratowały ją przed śmiercią za życia. Dziś, kiedy ich zakazano, jej losem stała się pasożytnicza bezczynność lubieżnych starców.

Wykroczyć poza historię pozwala tylko ekstaza bądź kontemplacja, często zresztą sczepione w paradoksalnej nierozróżnialności. Po rozkładzie społeczeństw przebycie tych dróg stało się zadaniem – zarazem przywilejem i powinnością – jednostek.

Tomasz Emil Wiśniewski

6 komentarzy

Leave a Reply