Wszelkiego gatunku lewica zakochana jest w idei demokracji, uznając taką formę rządów za idealną i skuteczną w każdej sytuacji, niezależnie od tego w jakiej kondycji jest kraj i naród. Pytanie jakie dzisiaj należy postawić, to czy rzeczywiście jest to najlepsza forma sprawowania władzy, która potrafi nie tyle zaspokoić zachcianki obywateli co umożliwić każdej jednostce rozwijać swoje talenty, umiejętności, zdolność wykorzystując je przede wszystkim dla dobra ogółu (społeczeństwa)?
Wchodząc głębiej w marksizm możemy uznać, że demokracja jest tam bardzo silnie zakorzeniona. Sam Marks uważał, że idealnym ładem społecznym, w którym rewolucja może się rozwinąć jest demokracja. Wykluczał przy tym ewentualność zaistnienia rewolucji, zwłaszcza socjalistycznej, w krajach, które nie przeszły do „nowoczesnego”, kapitalistycznego etapu rozwoju, a więc nie wykształciły znaczącej ilościowo nowoczesnej klasy robotniczej. Dlatego w kręgach europejskich socjaldemokratów zaczął dominować powszechny pogląd, graniczący z pewnością, że kraje „słabiej rozwinięte” muszą wpierw przejść przez konieczne stadium demokracji burżuazyjnej, by w ogóle można było rozpocząć dyskusję o przemianach w duchu socjalistycznym. To jest źródło tego pokracznego „małżeństwa z rozsądku” marksizmu z liberalizmem, choć ten pierwszy miał być w założeniach rewolucyjną negacją drugiego. Małżeństwo to doprowadziło do kryzysu, a następnie rozkładu myśli rewolucyjnej i rzucenie jej na pastwę kampanii wyborczych i stołków parlamentarnych.
Wiemy już, że powyższy aksjomat, wyznawany przez zachodnich marksistów, jest fałszywy. Mimo, że niemal automatycznie przekreślał potencjał rewolucyjny krajów pozaeuropejskich, w których tendencje demokratyczne znajdowały się na marginesie, to, jak pokazała historia, właśnie poza Starym Kontynentem wybuchły największe ogniska rewolucji. Mowa tutaj przede wszystkim o carskiej Rosji i półfeudalnych Chinach. Także w innych, tzw. zacofanych cywilizacyjnie krajach wybuchły najważniejsze rewolucje XX wieku i to na nie były zwrócone oczy całego świata. Rewolucje te, choć używały marksistowsko-liberalnej nowomowy, odmieniającej demokrację przez wszystkie przypadki, w rzeczywistości były jej pozbawione. Rządziła jedna partia i jeden wódz. Klasa robotnicza, choć to jej dyktaturą miało być państwo socjalistyczne, mogła zapomnieć o demokracji. Choć była podporą rządów komunistycznych, niewiele miała do powiedzenia. I może tu, w porzuceniu kultu demokracji, należałoby się doszukiwać przyczyn sukcesów rewolucji komunistycznych XX wieku?
Demokracja, czy to w wersji burżuazyjno-liberalnej, czy ludowo-socjalistycznej daje tylko złudzenie wolności. Jest to silny narkotyk, który uzależnia słabych i zmęczonych, doprowadzający ich do jeszcze bardziej pogłębionego stanu apatii. Subiektywistyczne formy demokratyzmu ograniczają jednostki wybitne, których rozwinięte cechy (potencjał twórczy) nie są wykorzystywane ani dla rozwoju tej jednostki, ani dla dobra społeczeństwa. System burżuazyjno-kapitalistyczny nie stwarza bowiem warunków dla rozwoju jednostek. Wbrew silnie indywidualistycznej propagandzie, na jednostkę wywierany jest olbrzymi nacisk, by swoje talenty wykorzystywała nie w celu ulepszenia siebie, nie by rozwinąć i kultywować w sobie cechy szlachetne, honor, współczucie, odwagę i prawość. Wręcz przeciwnie – cechy prawdziwego wojownika są silnie tłumione. System ten nie chce zmian jakościowych, lecz promuje zmiany ilościowe. Ideałem człowieka burżuazyjno-kapitalistycznego nie jest człowiek szlachetny, lecz człowiek chciwy. Nie pogoń za doskonałością, lecz pogoń za bogactwem jest programowana już od dzieciństwa. A wszystko to by zakonserwować status quo. Jednym słowem, żeby utrzymać elitę kształtującą model systemu politycznego w człowieku zabijane jest człowieczeństwo, a zostaje tylko chciwość.
Marksiści uważają, że to cała burżuazja rządzi systemem. Stąd błędny wniosek, że jest to klasa niepodzielna, dobrze zakonserwowana i zgodna. Historyczna praktyka pokazuje, że w demokracji rządzi tylko niewielka część burżuazji, jej awangarda. Większość europejskich rewolucji (jak chociażby rewolucja francuska 1830 roku zwana lipcową) miała charakter burżuazyjny. Proletariat był tylko doraźnym sojusznikiem, mięsem armatnim które miało wejść na barykady i dzielnie ginąć z pieśnią na ustach, by wymienić starą i zużytą burżuazyjną awangardę nową elitą. Nie była to walka o nową jakość, czy o lepszy system, tylko o nowego hegemona starego systemu. Awangarda burżuazyjna jest grupą z natury zamkniętą i wraz z chwilą zdobycia władzy konserwatywną, której jedynym celem jest ochrona demokratycznego status quo. System demokracji liberalnej jest jej narzędziem dzięki któremu może ogłupiać maluczkich i tłumić dążenia potencjalnej kontrelity, kierując jej energię na prymitywną pogoń za bogactwem i dekadencją.
Przykładowy Kowalski nie ma absolutnie żadnego wpływu na bieżącą politykę. Jedyne jego prawo polega na tym, że raz na kilka lat może iść na wybory. Zresztą akt wyborczy dla Kowalskiego jest czymś upokarzającym, bo musi głosować na człowieka, który nie będzie reprezentował jego interesów, tylko jeszcze go oszuka i okradnie.
W konsekwencji w parlamencie zasiadają pustogłowi bezideowcy, którzy tylko pasożytują na koszt podatnika. Demokracja daje niepodważalne prawo niekompetentnej parlamentarnej kaście („przedstawicielom narodu”), zasiadającej w ławach poselskich z woli wyborców, decydowania o losach państwa. Ci „wybrańcy” nie stanowią nowej jakości, ukształtowani są przez system. Każda inicjatywa wybitnych jednostek jest tłumiona. Obwinia się je o radykalizm, który w religii demokracji jest grzechem głównym, wyśmiewa się je i wyrzuca na margines społeczeństwa. By jeszcze bardziej zatomizować ich walkę o nową jakość daje się im zajęcie w postaci fałszywych dualizmów, realnie istniejących problemów społecznych dla których tworzy się sztucznie tylko dwa rozwiązania i myślenie w tych danych z góry kategoriach narzuca się z góry i poprzez agentów ideologicznych systemu dba się, by przypadkiem radykałowie nie wyszli poza dane im ramy.
Stąd też nie należy się dziwić, że większość społeczeństwa wpadła w otchłań marazmu, który objawia się impotencją twórczą, pogonią za pieniądzem i w konsekwencji poddaniem się wszędobylskiej konsumpcji. To są te liberalne wartości zżerające całe społeczeństwo – jest to rak nie znający podziału na klasy, na płeć czy na dualizm lewicy i prawicy.
Nie miejmy złudzeń, demokracja to utopia! Równość wszystkich obywateli to tylko propagandowy slogan. Ludzie nie są sobie równi. Każdy człowiek jest inny. Traktowanie wszystkich jednakowo jest z natury cyniczne i fałszywe. Taka subiektywizacja prowadzi do tego, że głos profesora ma takie samo znaczenie jak głos menela bez ambicji, którego jedynym życiowym celem jest zachlanie pały. Dlaczego wybitna jednostka ma się podporządkować masie, która, jak wiemy z fizyki ciągnie w dół? To ta demokratyczna zmora krzycząca z każdego miejsca, nawet z najciemniejszego śmierdzącego szczynami zakamarka: „tyle samo praw”.
Marksiści, podobnie jak inne ekstrema systemu burżuazyjnego, także wpadły w pułapkę fałszywego dualizmu, absolutyzując sprzeczność między proletariatem a burżuazją, nie potrafiąc spojrzeć poza nią. Skoro, wedle wskazań Marksa, burżuazja wyzyskuje proletariat i ten wyzysk jest źródłem jej bogactwa, oznacza to, że proletariat stanowi potencjalną siłę dążąca do zmiany. Ten pogląd jest w pewnym sensie zgodny z rzeczywistością – ludzie niezadowoleni z obecnego stanu rzeczy mają większą tendencję do walki o zmiany niż ludzie czerpiący z niej korzyści. Ale z dogmatycznego pojmowania rzeczywistej sprzeczności jaką jest sprzeczność między burżuazją a proletariatem, marksiści wyciągnęli błędne wnioski, twierdząc bezpodstawnie, że proletariat jest czymś lepszym, nowocześniejszym i bardziej postępowym niż uciskająca go burżuazja.
Wystarczy sięgnąć po „Manifest Komunistyczny” Marksa i Engelsa, w którym są wyłożone ogólne poglądy na historię jako walkę klas. W tym dokumencie twórcy naukowego socjalizmu dowodzili, że klasa uciskana jest lepsza jakościowo od swojego ciemiężcy. Oczywiście pogląd ten jest nieprawdziwy, bo w czym są lepsi robotnicy od właścicieli narzędzi produkcji? Dla każdego myślącego człowieka odpowiedź jest jednoznaczna – w niczym! Obie te klasy są w równym stopniu zdegradowane przez istniejący system.
Sprzeczność między burżuazją a proletariatem jest tylko wyrazem starej sprzeczności między właścicielem niewolnika a niewolnikiem. Oczywistym jest, że fakt posiadania niewolnika degeneruje jednostkę, wyzuwając ją z ludzkiej szlachetności. Właściciel niewolnika nie jest lepszy od niewolnika, nie stanowi nowej jakości – jest po prostu bardziej agresywny i brutalny. Akt zniewolenia jest aktem gwałtu. Jednak każdy agresywny, brutalny człowiek jest w swojej istocie człowiekiem słabym, jest niewolnikiem swojej agresji. Człowiek szlachetny nie jest agresywny, jest silny. Agresja to prymitywna cecha plemienna, którą powinniśmy porzucić wraz ze wstąpieniem na poziom rozwoju cywilizacyjnego. Jednak drogę na cywilizowany poziom zagradza nam zdegenerowany system demokracji z jej kapitalistycznym, liberalnym sposobem myślenia.
To, że właściciel niewolnika nie jest jednostką szlachetniejszą, nie oznacza automatycznie, że jest taki niewolnik. Akt zniewolenia, akt gwałtu pozbawia człowieczeństwa. Degeneruje on niewolnika, sprowadzając jego potrzeby do tych typowo biologicznych. Słabość niewolnika powoduje, że nie jest on w stanie wyjść ze swojego stanu, wrzuca go w stan apatii i niemocy.
Prawdziwy rewolucjonista, choć powinien być pełen nienawiści do właściciela niewolników jak i współczucia dla niewolnika, nie może pozwolić by emocje przysłoniły mu prawdziwy obraz sytuacji. Tak jak niewolnik jest zniewolony przez swojego właściciela, tak właściciel jest zniewolony przez sam fakt niewoli. Degradacja ta w różnych formach rozwija się w różnych ludzkich społecznościach, de facto nie pozwalając na ich jakościową zmianę. Dotychczasowi rewolucjoniści szukali rozwiązania tego fałszywego dualizmu po stronie niewolnika, a reakcjoniści po stronie właściciela. Oba te sposoby są fałszywe. Degeneracja człowieka miała miejsce i nie sposób jest zbudować nowego społeczeństwa stawiając na jego czele wyzwolonych niewolników, którzy może i formalnie przestali nimi być, ale ich świadomość jest naznaczona piętnem niewolnictwa. Nie da się także przekonać właścicieli do powrotu do starych, dobrych czasów, do Złotego Wieku. On już zniknął i nie wróci. Trzeba zbudować nowy, a nie da się tego zrobić stawiając u steru ludzi zdegenerowanych w ten, czy w inny sposób. Nie da się naprawić czegoś przy pomocy zepsutych elementów.
Z tego prymitywnego, fałszywego dualizmu należy wyjść. Trzeba dostrzec potencjał, który jest tłumiony przez istniejący system, a który wyrasta z różnych klas i grup społecznych. Ludzie nie rodzą się burżujami czy proletariuszami. Nie rodzą się konserwatystami czy komunistami. Ludzie rodzą się ludźmi. Ich naturalna szlachetność jest zwalczana jednak już od najmłodszych lat i zastępowana przez programowanie systemu. Ale system nie zawsze działa. Pojawiają się anomalie, którzy widzą jego degeneracje i odmawiają poddania się jego dyktatowi . Naszym zadaniem, jeśli chcemy obalić tego Behemota, jest pomóc tym żywiołom przebić skorupę prymitywizmu, pomóc im dotrzeć do ogólnoludzkich wartości i dzięki nim stworzyć nową jakość. Nie zamieniać środka ciężkości, nie przeciwstawiać proletariat – burżuazji, czy burżuazję-proletariatowi, komunistów-reakcjonistom, konserwatystów-postępowcom itp. ale dokonać przemiany transcendentalnej. Wznieść się ponad te podziały, ponad istniejące obecnie antyludzkie społeczeństwo i antyludzki naród i stworzyć nową, jakościowo lepszą wspólnotę. Jeżeli nie wyleczymy ideologicznego jajogłowia wpadniemy w objęcia liberalizmu, niezależnie od tego czy nazwiemy się komunistą czy tradycjonalistą.
Po dokładnym przeanalizowaniu liberalnej demokracji dojdziemy do wniosku, że wiele ma ona wspólnego z czystym (europejskim) marksizmem biorąc z niego fałsz egalitaryzmu i wyborczy populizm będący afrodyzjakiem dla zadżumionych ludzi z marginesu społecznego, oraz z tradycjonalizmem, który na pozycje władzy państwowej forsuje nie ludzi szlachetnych, ale ludzi szlachetnie urodzonych, wraz z mitem o idealnej monarchii i arystokracji, tak jak liberalizm promuje arystokrację pieniądza, burżuazję i fałszywe elity, którym brak cech szlachetnych, tak samo jak było ich brak dawno obalonym monarchiom i arystokracjom. Szlachetności się nie dziedziczy, nie ma czegoś takiego jak błękitna krew. Szlachetność to sprawa zasług, pracy jednostki. Systemy arystokratyczne, demokratyczno-liberalne, czy marksistowskie tak samo degenerują szlachetność, spłycając ją do kwestii urodzenia, zarobków czy też bycia podmiotem ucisku.
Europejski socjalizm wmówił ludziom, że konsumpcja materialna jest jedynym celem życia. Liberalizm wykorzystał ten pogląd i podniósł go do granic sacrum. W marksizmie jak i w demokracji dokonuje się swoiste zrównanie człowieka: wszyscy jesteśmy równi (sztampowy człowiek w ogóle), co zaciera całkowicie indywidualność człowieka. Przeważająca masa ma zawsze racje, której jednostka chociażby najwybitniejsza(oświecona) musi się bezwzględnie podporządkować. Bohater „Utopii” Tomasza Morusa powiada: gdy byś poznał jednego z utopian i porozmawiał z nim, to tak jakbyś poznał wszystkich.
Wszystkie te systemy, a przede wszystkim demokracja, prowadzą do marginalizacji ludzi zdolnych, ambitnych, których ideały rozbijają się na drobne kawałki w zderzeniu z szarą i smutną rzeczywistością. Bo demokratyzm to przede wszystkim bylejakość. Ta bylejakość jest u szczytu władzy jak i na dołach. A wszystko napędzane pogonią za pieniądzem. Demokracja stworzyła sztuczny świat pieniądza. Talenty i zdolności można kupić a ideały wymienić na hasła o wyższości demokracji nad innymi systemami politycznymi.
Spirala bylejakości się nakręca. Wyścig szczurów trwa! Demokracja postępuje metodą stopniowej indoktrynacji. O jakiej wolności Panowie mówicie?
Stąd też wyciągam wniosek, że każda demokracja, jaka by ona nie była (czerwona czy biała) jest z natury zła i prowadzi do rządów miernot, którym takie pojęcia jak „uczciwość”, „moralność” są obce, a które masie społecznej fundują igrzyska by zapomniały o ułudzie. Odpowiedzią na nią nie jest też powrót do dawno minionych dobrych starych czasów, ale budowa nowego, rewolucyjnego systemu osadzonego na najbardziej ludzkiej, najbardziej pożądanej cesze – na szlachetności jednostki.
Dlatego, by uciąć głowę tej hydrze, należy wyjść z mieszczącego się w ramach systemu fałszywego dualizmu i wznieść się ponad, na poziom prawdziwej opozycji antysystemowej. Ludzie którzy nie zapomnieli o szlachetności, prawdziwi rewolucjoniści, jakkolwiek by się nie określali, powinni połączyć siły jeśli chcą liczyć na to, że pewnego dnia obudzą się w lepszym świecie.
Sprzeczności istniejącego systemu należy wykorzystać by u steru władzy osadzić rewolucjonistów – wrogów demokracji, ale prawdziwych przyjaciół ludzkości. Rewolucjoniści powinni stworzyć elitę, złożoną z wybitnych jednostek, świadomych interesów i celów swojego gatunku. Rządy większości jakie zaprezentowała nam Rewolucja Francuska się nie sprawdziły. Prowadzą one bowiem do obstrukcji i degeneracji całego systemu politycznego, gdzie miernoty mogą realizować swe partykularne interesy, a kryterium prawdy jest arytmetyczna większość w ciele przedstawicielskim. Parlament staje się areną walk grup interesów, które są zdecydowane osiągnąć swoje postulaty niezależnie od interesów zbiorowości.
Marzę więc, na obrzeżach systemu, o idealnej autokracji, w której rządy sprawuje awangarda ale otwarta i kompetentna wyczulona na cynizm i fałsz w swoich szeregach. Taka władza umożliwia każdej jednostce rozwój swoich talentów, swoich zdolności(duchowy i materialny). Umożliwia jej dojście do szlachetności. Przy czym zdolni są nagradzani i dzięki swojej pracowitości przyjmowani są w poczet władzy, zaś leniwi i głupi(a także mierni, bierni ale wierni) są trzymani z dala od polityki. Tylko taka „demokracja”, będąca zaprzeczeniem ideałów burżuazji, czyli zorganizowana, scentralizowana, poddana sile autorytetu, ma jakąkolwiek przyszłość. Aż się chce powtórzyć za Marksem: każdemu według potrzeb, każdemu według zdolności!








13 komentarzy