Od Redakcji: Prezentujemy Czytelnikom fragment jednej z prac Savitri Devi (1905-1982) – myślicielki związanej ze środowiskami narodowo-rewolucyjnymi różnych krajów – w którym przedstawiła ona zręby swojej autorskiej historiozofii. Nie utożsamiamy się ze wszystkimi poglądami wypowiadanymi przez autorkę. Nasz sprzeciw budzić musi w szczególności jej uprzedzony stosunek do chrześcijaństwa. Obok tego kontrowersyjnego aspektu znajdujemy jednak w jej przemyśleniach wiele wartościowych spostrzeżeń. Poniższy przekład stanowi jedno z pierwszych tłumaczeń tekstów Savitri Devi na język polski. (A.D.)
Boskiej Jednostce naszych czasów, Człowiekowi walczącemu z czasem, największemu Europejczykowi wszech czasów, Słońcu i Błyskawicy w jednej osobie […].
Pojęcie postępu – nieskończonego doskonalenia – nie jest tworem naszych czasów. Jest prawdopodobnie tak stare, jak pierwsza udana próba człowieka pragnącego ulepszyć otaczający go świat materialny i udoskonalić, dzięki umiejętnościom technicznym, możliwości ataku i obrony. Przez wieki osiągnięcia techniczne stały się zbyt cenne by można było nimi wzgardzić. Co więcej, gdyby przyjrzeć im się z bliska, znaczą więcej, niż w czasach, kiedy zostały okrzyknięte czymś niemal boskim. Ale oprócz niezwykłych czynów garści pojedynczych osób, starożytni w ogóle wyróżnili się wieloma osiągnięciami w dziedzinie techniki. Mogli pochwalić się systemem irygacyjnym w Mezopotamii, wybudowaniem piramid w Egipcie i, wieki później, w Ameryce Środkowej, świadczących o ich nieprawdopodobnej wiedzy astronomicznej, łaźniami i systemem kanalizacyjnym w pałacu w Knossos, wynalezieniem rydwanu bojowego zaraz po skonstruowaniu łuku i strzały, oraz wynalezieniem zegara piaskowego zaraz po słonecznym – wszystko to przepełniło ich pychą i zbyt wielką pewnością co do losu ich cywilizacji.
Jednakże, pomimo tego, że w pełni zdawali sobie sprawę z praktycznego zastosowania ich pracy i z pewnością bardzo szybko spostrzegli możliwość – a może nawet byli pewni – nieograniczonego postępu technicznego, w odróżnieniu od ludzi nam współczesnych nigdy nie wierzyli w pełen postęp, w postęp we wszystkich dziedzinach. Hindusi i Grecy, Egipcjanie i Japończycy, Chińczycy, Sumerowie i pierwotni Amerykanie, czy nawet Rzymianie – „najnowocześniejsi” wśród ludów starożytnych – wszyscy oni uważali, że Złoty Wiek, Wiek Prawdy, czasy rządów Kronosa, Ra lub innych bogów na ziemi – cudowny początek powolnego rozwoju historii, jakkolwiek go nazwać – zostawili daleko za sobą w przeszłości.
I wierzyli, że nastanie podobnych czasów, przepowiedziane w ich świętych księgach i przekazach tradycji ustnej, nie zależy od świadomych starań człowieka, ale od żelaznych praw wpisanych w naturę widocznej, namacalnej i wszechobecnej manifestacji, od praw kosmicznych. Wierzyli, że świadome starania człowieka są niczym więcej jak tylko wyrazem tych praw w praktyce, chętnie lub niechętnie wiodących świat ku jego przeznaczeniu, że historia człowieka, tak jak historia wszelkiego życia, stanowi zaledwie szczegół kosmicznej historii, bez początku i końca, chwilowy rezultat wewnętrznej konieczności, która spaja wszystkie zjawiska w czasie.*
Tak jak starożytni potrafili zaakceptować ten obraz ewolucji świata i jednocześnie w pełni korzystać z postępu technicznego będącego w ich zasięgu, tak dzisiaj, wśród zbyt dumnych kultur przemysłowych, potrafi to czynić kilka zbłąkanych jednostek zdolnych myśleć za siebie. Kontemplują one historię ludzkości z podobnej perspektywy.
Żyjąc jak „nowocześni” mężczyźni i kobiety – używający elektrycznych wentylatorów i żelazek, telefonów, pociągów i samolotów, jeśli ich na to stać – pielęgnują oni w swoich sercach głęboką pogardę dla dziecinnej pychy i nadmuchanych nadziei naszej epoki, oraz dla licznych przepisów na „ocalenie ludzkości”, głoszonych przez fanatycznych filozofów i polityków. Oni wiedzą, że nic nie może „ocalić ludzkości”, gdyż ludzkość zbliża się do kresu jej obecnego cyklu. Fala, która niosła ją przez wiele tysiącleci wkrótce rozbije się z całą gwałtownością swojej prędkości, i zatonie raz jeszcze w głębi niezmiennego oceanu jednorodnego istnienia. Pewnego dnia ponownie powstanie w niespodziewanym majestacie, gdyż takie jest prawo fal. Lecz w międzyczasie nic nie może przerwać tego procesu. Nieszczęśnikami – głupcami – są ci, którzy z jakiegoś znanego sobie powodu – prawdopodobnie pod wpływem własnej wydumanej oceny tego, co mogą stracić w tym procesie – chcieliby go zatrzymać. W gronie uprzywilejowanych – mądrych – są ci nieliczni, którzy, w pełni świadomi rosnącej bezwartościowości współczesnej ludzkości i jej sławionego „postępu”, wiedzą jak niewiele stracą w zbliżającym się upadku i oczekują go z radością, ponieważ jest on koniecznym warunkiem nowego początku – nowego Złotego Wieku, opromienionego wierzchołka następnej długotrwałej fali podążającej ku powierzchni nieskończonego oceanu życia.
Dla tych uprzywilejowanych, do których sami się zaliczamy, wszelkie głośno rozbrzmiewające „izmy”, do których przyznania się namawiają ich współcześni, są jednakowo daremne – skazane na zdradę, pokonane, a w końcu odrzucone przez większość ludzi, jeśli tylko zawierają naprawdę szlachetną cząstkę; skazane na chwilowy, lecz głośny sukces, jeśli są wystarczająco wulgarne, pretensjonalne i bezduszne, żeby przyciągnąć rzesze mechanicznie sterowanych niewolników, pełzających po naszej planecie i uważających się za wolnych ludzi; ostatecznie wszystkie stanowiące dowód własnej bezużyteczności. Tradycyjne religie, gwałtownie wychodzące z mody wraz z rosnącą popularnością dzisiejszych „izmów”, są nie mniej, jeśli nie bardziej, bezcelowe – ramy zorganizowanych zabobonów pozbawionych prawdziwego wyczucia boskości, lub – wśród bardziej wyrafinowanych osób – konwencjonalne przejawy życia towarzyskiego, bądź systemy etyki (bardzo powierzchownie traktowanej), przyprawione szczyptą przestarzałych obrządków i symboli, w których nikomu nie chce się szukać pierwotnego znaczenia; narzędzia w rękach sprytnych ludzi u władzy zmuszające naiwnych do trwałego posłuszeństwa; wygodne nazwy, wokół których łatwiej gromadzić zbieżne aspiracje narodowe i tendencje polityczne; lub też po prostu ostatnia deska ratunku słabeuszy i dziwaków – czyli właściwie wszystko, czym są – wszystko, do czego zostały sprowadzone w ciągu kilku wieków. Właściwie są martwe – tak martwe, jak stare kulty kwitnące przed nimi, z tą różnicą, że tamte kulty dawno skonały wydzielając odór śmierci, podczas gdy one (tak zwane „żyjące”) wciąż znajdują się w miejscu, w którym śmierć idzie w parze z korupcją. Żadna religia – ani chrześcijaństwo, ani islam, ani nawet buddyzm – nie jest w stanie „ocalić” niczego z tamtego świata, który kiedyś częściowo podbiła; żadna nie posiada normalnego miejsca we współczesnym życiu, które w zasadzie pozbawione jest wszelkiej świadomości wieczności.
Propagatorzy wiary w „postęp” wysuwają wiele argumentów mających przekonać – zarówno ich samych jak i pozostałych – że nasze czasy, z wszystkimi ich niezaprzeczalnymi wadami, są i tak lepsze, niż jakakolwiek epoka w przeszłości, a nawet wykazują wyraźne oznaki poprawy. Nie sposób szczegółowo przeanalizować wszystkich tych argumentów. Jednak łatwo rozpoznać błędy ukryte w najbardziej rozpowszechnionych i, najwyraźniej, najbardziej „przekonujących” z nich.
Wszyscy zwolennicy „postępu” kładą niezwykły nacisk na takie sprawy, jak umiejętność czytania i pisania, „wolność” jednostki, równe szanse dla wszystkich ludzi, tolerancja religijna i „człowieczeństwo”, a postęp w tych ostatnich przykładach nawiązuje do tych tendencji, które znajdują wyraz w obecnej trosce o dobro dzieci, o reformy więziennictwa, o lepsze warunki pracy, o pomoc państwa dla chorych i najuboższych, oraz, jeśli nie o większą dobroć, to przynajmniej o mniejsze okrucieństwo w stosunku do zwierząt. Ostatnie oszałamiające rezultaty osiągnięte dzięki zastosowaniu odkryć naukowych w przemyśle i innych dziedzinach są, oczywiście, najpopularniejsze spośród wszystkich przykładów mających pokazać, w jak cudownych czasach żyjemy. Ale nie będziemy tej sprawy omawiać, ponieważ wyjaśniliśmy już sobie, że nie mamy zamiaru negować lub pomniejszać znaczenia postępu technicznego. Zaprzeczamy jedynie istnieniu postępu w pojęciu wartości człowieka jako takiego, traktowanego indywidualnie lub zbiorowo, a wszystkie nasze przemyślenia dotyczące powszechnej piśmienności i innych wysławianych oznak poprawy, z których współcześni są tak dumni, wynikają z tego właśnie punktu widzenia.
Wierzymy, że wartość człowieka – tak jak ostatecznie wartość każdego stworzenia – leży nie w jego intelekcie, ale w duszy, w zdolności odzwierciedlenia tego, co, z braku lepszego określenia, zwykliśmy nazywać boskością, czyli tego, co jest najprawdziwsze i najpiękniejsze; co pozostaje wieczne (i dlatego niezmienne) pośród wszelkiego przemijania. Nasza wiara różni się tym od wiary chrześcijańskiej, że w naszych oczach zdolność odzwierciedlania boskości wiąże się ściśle z rasą i zdrowiem fizycznym człowieka. Innymi słowy – dusza nie jest wcale niezależna od ciała. I nie potrafimy dostrzec, że różne udoskonalenia, które obserwujemy w systemie edukacji lub na gruncie społecznym, w systemie sprawowania władzy lub nawet w dziedzinie techniki, ani nie uczyniły mężczyzn i kobiety bardziej wartościowymi, ani nie stworzyły jakiejkolwiek nowej, trwałej cywilizacji, która sprzyjałaby dążeniom człowieka do pełnej doskonałości.
Postęp? – To prawda, że w dzisiejszych czasach prawie każdy potrafi czytać i pisać – przynajmniej w wysoko rozwiniętych (typowo „nowoczesnych”) krajach. Ale co z tego? Umiejętność czytania i pisania stanowi niewątpliwie dużą korzyść. Ale nie jest cnotą. Jest narzędziem i bronią, środkiem do osiągnięcia celu, bez wątpienia rzeczą bardzo użyteczną, ale nie celem samym w sobie. Ostateczna wartość umiejętności czytania i pisania zależy od tego, do osiągnięcia jakiego celu zostanie użyta. A do jakich celów używamy tej umiejętności dzisiaj? Używana jest dla wygody lub rozrywki przez tych, którzy czytają; dla reklamy lub niestosownej propagandy – dla pieniędzy lub władzy – przez tych, którzy piszą; czasami, oczywiście, przez obie grupy w celu zdobycia bądź przekazania bezinteresownej wiedzy na temat kilku rzeczy wartych poznania, dla odnalezienia lub wyrażenia kilku głębokich emocji, które mogą zaszczepić w człowieku świadomość spraw wiecznych, ale nie częściej, niż to miało miejsce w czasach, gdy jeden człowiek na dziesięć tysięcy potrafił zrozumieć słowo pisane. Dzisiaj mężczyzna i kobieta, których obowiązkowa edukacja uczyniła „piśmiennymi”, zazwyczaj używają pisma do przekazywania osobistych wiadomości nieobecnym znajomym lub krewnym, do wypełniania formularzy – co stanowi jedno z głównych zajęć nowoczesnych, cywilizowanych społeczeństw na całym świecie – lub do odciążania pamięci poprzez zapisywanie potrzebnych, acz drobnych, informacji, takich jak adres, numer telefonu, albo data wizyty u dentysty czy fryzjera, lub lista rzeczy do odebrania z pralni. On i ona czytają dla „zabicia czasu”, ponieważ po godzinach nużącej pracy zwykłe myślenie nie jest już intensywne i wystarczająco interesujące, by spełnić tę rolę.
Wiemy, że istnieją ludzie, których życie zostało skierowane na drogę pięknego przeznaczenia dzięki książce, wierszowi, czy prostemu zdaniu przeczytanemu w odległym dzieciństwie. Tak było w przypadku Schliemanna, który przeznaczył na wykopaliska archeologiczne cały swój majątek, cierpliwie gromadzony przez czterdzieści lat znojnej pracy, a wszystko to pod wpływem niezapomnianego wrażenia, jakie wywarła na młodym Schliemannie nieśmiertelna historia Troi. Tacy ludzie zawsze istnieli, nawet zanim obowiązkowa edukacja weszła w modę. A zasłyszane i pamiętane historie były nie mniej inspirujące niż te czytane dzisiaj.
Jeśli istnieje rzeczywista korzyść płynąca z powszechnej piśmienności, należy jej szukać gdzie indziej. Nie chodzi o lepszą jakość wyjątkowych mężczyzn i kobiet, czy milionów piśmiennych ludzi – korzyść płynie z faktu, że ci ostatni szybko stają się leniwi pod względem intelektualnym, a tym samym naiwniejsi niż kiedykolwiek przedtem; łatwiej ich oszukać, bez cienia protestu dają się prowadzić jak owce, pod warunkiem, że nonsens, który mają przełknąć, przekazywany jest im w formie drukowanej i sprawia wrażenie twierdzenia „naukowego”. Im wyższy poziom wykształcenia społeczeństwa, tym łatwiej rządowi kontrolować prasę codzienną, radio i telewizję, oraz rynek wydawniczy – wszystkie te nowoczesne środki przekazu, którym nie można się oprzeć, i dzięki którym można trzymać masy i „inteligentów” w ryzach, bez ich wiedzy.
Prorok, bezpośredni rzecznik bogów lub szczerych, zbiorowych aspiracji, żyjący w społeczeństwie w dużej mierze niepiśmiennym, ale myślącym, otwarcie rządzonym w starym, autokratycznym stylu, zawsze mógł mieć nadzieję na to, że wyrośnie wśród świeckiej władzy i ludu. Księża nigdy nie mogli być całkowicie pewni tego, że ludzie pozostaną im posłuszni na zawsze. Ludzie mogli sami decydować, czy wysłuchają proroka. I czasami go słuchali. Dzisiaj, gdziekolwiek przeważa uniwersalne wykształcenie, natchnieni głosiciele ponadczasowych prawd – prorocy, czy nawet bezinteresowni rzecznicy stosownych, realnych zmian – mają coraz mniej szans na zaistnienie. Szczera, prawdziwie wolna myśl, gotowa zakwestionować, w imię wyższego autorytetu lub zwykłego zdrowego rozsądku, podstawy dzisiejszej nauki i przekonań, ma coraz mniejsze szanse się rozwinąć. Powtarzamy, że znacznie łatwiej jest zniewolić wykształconych niż niewykształconych ludzi, chociaż może to wydawać się dziwne. I bardziej prawdopodobne jest, że takie zniewolenie będzie trwałe. Prawdziwą korzyścią wykształcenia społeczeństwa jest możliwość wzmocnienia przez władzę kontroli nad milionami głupców i zarozumialców. Prawdopodobnie dlatego od samego dzieciństwa wbija nam się do głowy, że „wykształcenie” jest takim dobrodziejstwem. Jednakże prawdziwym dobrodziejstwem jest umiejętność samodzielnego myślenia. A to zawsze było i będzie przywilejem mniejszości, uważanej za elitę i szanowanej. W dzisiejszych czasach obowiązek edukacji i coraz bardziej ujednolicona literatura, będąca pożywką dla „ukształtowanych” umysłów – oczywistych oznak „postępu” – dążą do redukowania tej mniejszości i, w końcu, do jej całkowitego zdławienia. Czy tego pragnie ludzkość? Jeśli tak, ludzkość traci rację bytu, i im wcześniej nastąpi koniec tej tak zwanej „cywilizacji”, tym lepiej.
To, co zostało powiedziane o wykształceniu, można powtórzyć o dwóch innych chlubnych hasłach nowoczesnej demokracji: o „wolności jednostki” i równych szansach dla każdego. Pierwsze hasło jest kłamstwem, które staje się coraz bardziej niecne wraz rosnącym ciężarem nałożonego na ludzi jarzma obowiązkowej edukacji. Drugie hasło to absurd.
Jedną z najdziwniejszych niekonsekwencji w rozumowaniu przeciętnego obywatela nowoczesnego, uprzemysłowionego świata jest sposób, w jaki krytykuje on wszystkie instytucje starszych i lepszych cywilizacji – jak system kastowy w Indiach czy kult rodziny na Dalekim Wschodzie – twierdząc, że ograniczają one „wolność osobistą”. Nie zdaje sobie przy tym sprawy z tego, jak wymagająca – nie, jak niszcząca – jest kontrola zbiorowej władzy, której się podporządkowuje (często nieświadomie), w porównaniu z kontrolą tradycyjnej zbiorowej władzy w najwyraźniej mniej „wolnych” społeczeństwach. Społeczeństwo kastowe Indii czy ludy Dalekiego Wschodu mogą nie mieć pełnej swobody działania w wielu błahych i w zaledwie kilku naprawdę ważnych sprawach życia codziennego. Natomiast mogą same decydować, w co chcą wierzyć, żyć w zgodzie z własną naturą i swobodnie wyrażać swoją opinię w wielu istotnych kwestiach – po spełnieniu swoich obowiązków względem rodziny, kasty i króla mogą oddawać się sprawom duchowym w sposób, który wydaje im się najlepszy.
Człowiek żyjący pod żelaznymi rządami nowoczesnego „postępu” może jeść cokolwiek, na co ma ochotę (w dużej mierze) i poślubić kogo zapragnie – niestety! – i podążać tam, gdzie zapragnie (przynajmniej w teorii). Ale musi podporządkować się w sprawach najbardziej osobistych – sprawach, które dla nas mają ogromne znaczenie – i zaakceptować przekonania, stosunek do życia, system wartości, a także, w dużym stopniu, poglądy polityczne umacniające społeczno-gospodarczy system wyzysku, do którego należy (do którego musi należeć, by żyć), i w którym jest tylko trybikiem. Co więcej, wmawia mu się, że powinien być dumny z bycia trybikiem w takim organizmie; że nieistotne sprawy, w których sam jest sobie panem, są w rzeczywistości najistotniejsze – że są jedynymi, które naprawdę mają znaczenie. Nauczony jest nie cenić tej swobody w myśleniu o prawdach ostatecznych, estetycznych, etycznych i metafizycznych, której został sprytnie pozbawiony. Ponadto, powiedziano mu – w każdym razie w krajach demokratycznych – że jest wolny pod każdym względem, że jest „jednostką odpowiedzialną wyłącznie przed własnym sumieniem”… po latach zmyślnego kształtowania jego „sumienia” i całego życia zgodnie z określonym wzorem tak skutecznie, że nie jest w stanie reagować inaczej. Czy taki człowiek ma prawo mówić o „ograniczaniu swobody” w jakimkolwiek społeczeństwie, starożytnym czy współczesnym? Jeśli chodzi o „równe szanse” to, prawdę mówiąc, nic takiego nie może istnieć. Przez stworzenie mężczyzn i kobiet różniących się poziomem inteligencji, wrażliwością i siłą woli, o innych charakterach i temperamentach, Natura sama obdarzyła ich nierównymi szansami na spełnienie ich aspiracji, jakiekolwiek by one nie były. Nadwrażliwa i słaba osoba nie może, na przykład, dążyć do takiego samego ideału szczęścia i mieć równych szans na osiągnięcie go w życiu, co osoba o zrównoważonej naturze i silniejszej woli. To jest oczywiste. Teraz dodajmy do tego cechy, które odróżniają jedną rasę ludzi od drugiej, a absurdalność pojęcia „równości” stanie się uderzająca.
Mówiąc o „równych szansach”, współcześni mają na myśli fakt, że w nowoczesnym społeczeństwie każdy mężczyzna i każda kobieta mają tyle samo szans, co ich sąsiedzi, na utrzymanie stanowiska i wykonywanie pracy, do której mają naturalne predyspozycje. To nie jest do końca prawda. Ponieważ dzisiejszy świat, zdominowany przez przemysł na wielką skalę i masową produkcję, coraz częściej oferuje tylko takie stanowiska, które nie wymagają od pracownika szczególnych umiejętności, a tylko oczekują od niego sprytu i niewielkiego nakładu kosztów. Rzemieślnik z pokolenia na pokolenie, który wkładał całą swoją „duszę” w codzienną pracę – tkanie dywanów, tworzenie wyrobów ceramicznych, etc., nawet rolnik orzący ziemię, który żył w zgodzie z Matką Naturą, porami dnia i roku, staje się tylko wspomnieniem z przeszłości. Coraz rzadziej można też spotkać oddanego poszukiwacza prawdy – mówcy lub pisarza – który odmawia wykładania powszechnie przyjętych idei, produktów masowego kształtowania, w które nie wierzy; poszukiwacza piękna, który odmawia przystosowania swojej sztuki do wymogów obowiązujących gustów, o których wie, że są złe. Tacy ludzie marnują dużo swojego czasu wykonując nieudolnie – i niechętnie – pracę, do której się nie nadają, żeby przeżyć do czasu, kiedy będą mogli poświęcić resztę swojego życia temu, co hindus nazywa swoją sadhaną, i pracy, do której wyznaczyła ich własna natura – swojemu życiowemu powołaniu.
Nowoczesne pojęcie podziału pracy, znajdujące odzwierciedlenie w często cytowanym powiedzeniu „odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku”, w praktyce sprowadza się do faktu, że każdy człowiek – ktokolwiek z milionów szarych, przeciętnych ludzi – może zajmować wybrane stanowisko, podczas gdy odmawia się tego najbardziej wartościowym osobom – jedynym, które wciąż usprawiedliwiają istnienie coraz bardziej zdegenerowanego gatunku ludzkiego. Postęp…
Wciąż mówi się o ”tolerancji religijnej” w naszych czasach, a dzisiejszej „humanitarności” przeciwstawia się „barbarzyństwo” przeszłości. Przecież to żarty!
Kiedy nowoczesny człowiek przywołuje w pamięci największe okropieństwa w historii – palenie na stosie heretyków i czarownic, masową rzeź „pogan” i inne nie mniej odrażające przejawy rozwoju chrześcijańskiej cywilizacji w Europie i na świecie, przepełnia go duma, że przynajmniej w jednej kwestii udało mu się zrobić „postęp” od czasu ciemnych wieków religijnego fanatyzmu – jakkolwiek zły by nie był, współczesny człowiek w każdym razie porzucił zwyczaj torturowania innych ludzi tylko dlatego, że inaczej pojmują idee Świętej Trójcy, przeznaczenia, czy odkupienia.
Takie jest nastawienie współczesnego człowieka, ponieważ pytania teologiczne straciły wszelkie znaczenie w jego życiu. W czasach, gdy kościoły chrześcijańskie wzajemnie się prześladowały i nawoływały do nawracania pogan za pomocą krwi i ognia, zarówno prześladowcy jak i prześladowani, chrześcijanie i ci, którzy chcieli pozostać wierni wiarom niechrześcijańskim, uważali takie pytania za niezwykle istotne. I prawdziwym powodem, dla którego dzisiaj nie torturuje się nikogo za jego przekonania religijne nie jest to, że tortury stały się wstrętne każdemu w „rozwiniętej” cywilizacji XX wieku, ani też dlatego, że ludzie i państwa stali się tolerancyjni, ale ponieważ wśród tych, którzy mogą zadawać ból, nie ma osób naprawdę oddanych religii, nie mówiąc już o teologii.
Tak zwana „tolerancja religijna”, głoszona przez współczesne państwa i ich obywateli, nie wywodzi się wcale z właściwego zrozumienia i umiłowania wszystkich religii jako różnych przejawów symbolicznego wyrażenia tych samych odwiecznych prawd. Jest to raczej wynik rażąco ignoranckiej pogardy dla wszystkich religii, obojętności na te prawdy, które różni ich twórcy usiłowali wzmocnić, raz za razem. To wcale nie jest tolerancja.
By ocenić, jak dalece nam współcześni mają prawo szczycić się swoim duchem tolerancji, najlepiej przyjrzeć się ich zachowaniu w stosunku do tych, których stanowczo uznają za wrogów swoich bogów – ludzi przypadkiem mających przeciwne poglądy, dotyczące nie jakichś teologicznych sporów, którymi nie są zainteresowani, ale politycznej lub socjopolitycznej ideologii, którą uważają za „zagrożenie dla cywilizacji”. Nikt nie może zaprzeczyć, że w takich okolicznościach, a szczególnie w czasie wojny, wszyscy oni prowadzą – w zakresie swojej władzy – lub usprawiedliwiają – jeśli nie posiadają możliwości działania – akcje pod każdym względem tak wstrętne jak te nakazywane, wykonywane, czy tolerowane w przeszłości, w imię różnych religii.
Jedyną różnicą jest prawdopodobnie to, że współczesne okrutne zbrodnie wychodzą na jaw tylko wtedy, gdy ukryte władze sprawujące kontrolę nad środkami do kształtowania tłumu – prasą, radiem i kinem – zadecydują, na pewno nie dla celów humanitarnych, że powinny zostać ujawnione. Na przykład wtedy, gdy przypadkiem są to zbrodnie popełnione przez wroga, a nie własne czy „dzielnych sojuszników”, i kiedy ich historia uznana zostanie za dobrą propagandę z powodu fali wzburzenia, którą powinna wywołać, i z powodu nowego bodźca, który powinna dać działaniom wojennym. Co więcej, po wojnie, w której walczono lub miano walczyć za ideologię – współczesny odpowiednik dawnych zaciętych konfliktów religijnych – ogłasza się na całym świecie tylko te okrucieństwa, które, słusznie bądź niesłusznie, uważane są za popełnione przez pokonanych, podczas gdy zwycięzcy starają się jak mogą, by uwierzono im, że nawet najwyższe rozkazy nie czynią ich ślepymi na podobne okrucieństwa. Jednak w szesnastowiecznej Europie i wcześniej, a także wśród bojowników islamskich prowadzących dżihad przeciwko wyznawcom innych wiar, każda ze stron była świadoma okrutnych metod stosowanych nie tylko przez wrogów, ale także przez własnych ludzi i przywódców w celu „wykrzewienia herezji”, „zwalczania papizmu”, lub „głoszenia imienia Allaha wśród niewiernych”. Współczesny człowiek jest w znacznym stopniu moralnym tchórzem. Pragnie zysków z brutalnej nietolerancji – co jest naturalne – ale unika za nią odpowiedzialności. To również jest postęp.
Tak zwane człowieczeństwo ludzi współczesnych (w porównaniu do ich przodków) jest po prostu brakiem odwagi lub silnych uczuć – nasilającym się tchórzostwem, lub rosnąca apatią.
Współczesny człowiek jest wrażliwy na okrucieństwa – nawet na zwyczajną, niewyszukaną brutalność – tylko wtedy, gdy cele okrutnych lub po prostu brutalnych działań są mu nienawistne albo obojętne. We wszystkich innych przypadkach przymyka oczy na wszelkie okrucieństwa – szczególnie kiedy wie, że ofiary nie odpłacą tym samym (jak w przypadku okrucieństw popełnianych przez człowieka na zwierzętach, bez względu na przyczynę) i najwyżej zażąda, żeby nie przypominać mu o nich zbyt często i zbyt głośno. Reaguje tak, jakby dzielił okrucieństwa na dwie grupy: nieuniknione i do uniknięcia. Nieuniknione to te, które służą, lub powinny służyć, celom współczesnego człowieka – „dobru ludzkości” lub „zwycięstwu demokracji”. Są one tolerowane, a nawet usprawiedliwiane. Okrucieństwa do uniknięcia popełniane są sporadycznie (lub mówi się, że zostały popełnione) przez ludzi, których cel jest mu obcy. Czyny te są potępiane, a ich prawdziwi lub rzekomi sprawcy – czy pomysłodawcy – okrzyknięci przez opinię publiczną „zbrodniarzami przeciwko ludzkości”.
Człowiek współczesny z pewnością nie popiera niewolnictwa, za to potępia je żarliwie. Ale mimo wszystko, wciąż z niego korzysta – i to na większą skalę, niż kiedykolwiek wcześniej, i znacznie intensywniej, niż starożytni byliby w stanie to robić – zarówno na kapitalistycznym Zachodzie, jak i w krajach tropikalnych, a nawet (na podstawie tego, co przenika przez szczelne ściany) w pewnym kraju, który rzekomo ma być „robotniczym rajem”. Rzecz jasna, są różnice. W starożytności nawet niewolnik miał swoje prywatne chwile odpoczynku i radości; mógł grać w kości w cieniu kolumn domu swojego pana, opowiadać wulgarne dowcipy, paplać bez skrępowania i, po wykonaniu codziennych obowiązków, mógł żyć jak wolny człowiek. Niewolnik współczesny nie ma możliwości powłóczenia się zupełnie beztrosko przez pół godziny. Jego tak zwany wypoczynek to przymusowa rozrywka, będąca obowiązkiem takim samym, a przy tym często równie drętwym, co praca, albo – w „krajach wolności” – zatruwana przez ekonomiczny niepokój; nie jest jednak niewolnik współczesny otwarcie sprzedawany czy kupowany. Jest po prostu brany. I to brany nie przez człowieka w jakimkolwiek stopniu od siebie lepszego, tylko przez bezosobową machinę, pozbawioną ciała, które można by kopnąć, duszy, którą można by przekląć oraz głowy, która odpowiadałaby za swoje intrygi.
Ale chyba najbardziej ze wszystkiego tchórzliwe i zafałszowane jest „postępowe” podejście człowieka współczesnego do natury, a zwłaszcza do świata zwierząt. Człowiek prymitywny – i oczywiście taki, o którego barwnej cywilizacji można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest nowoczesna – wypada fatalnie, jeśli chodzi o traktowanie zwierząt. Wystarczy wybrać się do któregoś z gorzej uprzemysłowionych państw południowej Europy lub na Bliski Wschód, żeby się o tym ostatecznie przekonać. I nie wszyscy – czy to na Wschodzie, czy na Zachodzie – współcześni przywódcy zdołali równie skutecznie pozbyć się okrutnych praktyk wobec niewinnych istot. Gandhi, głosząc tę uniwersalną dobroć, której nauczał i która była główną doktryną jego wiary, nie dał rady powstrzymać hinduskich mleczarzy od głodzenia cieląt na śmierć, byle tylko móc sprzedać parę litrów mleka więcej. Mussolini nie umiał wykryć i postawić przed sądem wszystkich tych Włochów, którzy, nawet pod jego rządami, wciąż mieli ohydny zwyczaj oskubywania kur żywcem, bo „tak pióra łatwiej wychodzą”. Nie da się uniknąć wniosku, że dobroć dla zwierząt na skalę całego narodu nie zależy od nauk żadnej z narzuconych religii czy filozofii. Jest to jedna z typowych cech prawdziwie wyższej rasy. I żadna religijna, filozoficzna ani polityczna alchemia nie zmieni nieszlachetnego metalu w złoto.
To nie znaczy, że dobra nauka nie może pomóc wycisnąć tego, co najlepsze, z każdej rasy czy z danego człowieka dowolnej płci. Ale nowoczesna, uprzemysłowiona cywilizacja, w stopniu, w jakim jest skupiona wokół człowieka – niepoddawana wpływowi żadnej nadludzkiej, kosmicznej siły – i mająca skłonność do stawiania ilości ponad jakość, produkcji i bogactwa ponad siłę charakteru i niezbędną pracę, w żaden sposób nie sprzyja rozwojowi stabilnej, uniwersalnej dobroci, nawet między lepszymi z ludzi.
To jest czas, w którym kłamstwo nazywa się prawdą, a prawdę piętnuje się jako oszustwo, albo wyśmiewa jako szaleństwo, w którym propagatorzy prawdy, natchnieni wolą boską przywódcy, prawdziwi przyjaciele swej rasy i ogółu żyjących – półbogowie – są pokonani, a ich stronnicy poniżani, pamięć po nich zaś mieszana z błotem. Mistrzowie kłamstwa tymczasem są wychwalani jako zbawcy. To jest czas, gdy każdy mężczyzna i każda kobieta jest w niewłaściwym miejscu, a świat jest zdominowany przez jednostki niższe, rasy bękartów i okrutne idee; wszystko to jest częścią nieodłącznej brzydoty znacznie gorszej od całkowitej anarchii. To jest czas, który Hindusi od niepamiętnych czasów określają jako Kali Juga – Ciemny Wiek, Era Zagłady.
To jest czas, gdy tryumfujący demokraci i pełni nadziei komuniści przechwalają się „powolnym, ale stałym postępem w dziedzinie nauki i edukacji”. Bardzo dziękuję za taki „postęp”! W historii starożytności nie ma okropieństw – ani asyryjskich, ani kartagińskich, ani chińskich – których pomysłowość nam współczesnych, w połączeniu z doskonałą techniką, już nie przebiła. Ale okrucieństwo – przemoc tchórzów – jest jedynie jednym ze sposobów wyrażenia przemocy spośród wielu innych, chociaż, trzeba przyznać, najbardziej odrażającym. Wspomagany i podjudzany przez coraz więcej wątpliwych osiągnięć naukowych, które mogą być używane w dowolnym celu, na przestrzeni dziejów człowiek stawał się coraz bardziej brutalny – zupełnie odwrotnie, niż wydaje się ludziom, karmionym pacyfistyczną propagandą.
I, co więcej, inaczej być nie mogło i nie będzie mogło być inaczej w żadnym okresie przyszłości, aż do chwili, gdy całkowite i brutalne zniszczenie tego, co w tej chwili nazywa się „cywilizacją”, nie otworzy świata na nowy Wiek Prawdy, nowy Złoty Wiek. Aż do tego czasu przemoc, w tej czy innej formie, jest nieunikniona. Takie jest podstawowe prawo życia w upadłym świecie. Nie możemy wybierać między przemocą i jej brakiem, ale między przemocą otwartą i bezwstydną, w środku dnia, a przemocą zakradającą się po cichu – szantażem; pomiędzy otwartą przemocą, a nierzucającym się w oczy, powolnym, ale niepowstrzymanym prześladowaniem – czy to kulturowym, czy gospodarczym. Jest to ustawiczne tłamszenie wszelkich możliwości, jakie mogliby mieć zwyciężeni, bez ich ujawniania; bezlitosne indoktrynowanie dzieci, a co gorsza, wszystko to bezosobowe, niebezpośrednie, pozornie delikatne; sprytne popularyzowanie zabójczych dla duszy kłamstw (i półprawd). Jest także wybór między bezinteresowną bezwzględnością w służbie szczerej prawdy; przemocą pozbawioną okrucieństwa, wykorzystywaną po to, by wprowadzić na tym świecie porządek oparty na uniwersalnych regułach, które przetrwają człowieka; przemocą w służbie tworzenia lub obrony ludzkości w imię najwyższych celów życia, a przemocą wykorzystywaną z egoistycznych pobudek.
Im bardziej bezinteresowne jej cele i mniej samolubne jej użycie, tym bardziej szczera i bezpośrednia jest przemoc. Z drugiej strony, im bardziej nieczyste są motywy, dla których się z niej faktycznie korzysta, im bardziej jest ona ukryta czy nawet zakazana, tym bardziej ludzie, którzy uciekają się do niej, głoszą się piewcami pokoju, tym samym oszukując innych i czasem samych siebie, stając się oszustami i oszukanymi – złapanymi w sieć własnych kłamstw.
Czas mija i nadchodzi upadek, a podstawowym hasłem historii ludzkości nie jest „coraz mniej przemocy”, lecz „coraz mniej szczerości w kontekście przemocy”.
Ale przemoc sama w sobie nie jest zła. Stała się koniecznością zaraz po tym, jak świat stał się, w znacznej mierze, „zły”, to jest przestał być wierny swemu ponadczasowemu archetypowi; nie podąża już za twórczym marzeniem o uniwersalnym Rozumie, czego był niegdyś piewcą. Ale przemoc nie może być oceniana w oderwaniu od swego celu. A ten cel może być zły lub dobry, może przynosić korzyść lub nie. Przemoc jest dobra, gdy ci, którzy jej używają, nie robią tego z osobistych pobudek – bez prymitywnych ciągot czy dążenia do osobistej chwały lub szczęścia – ale zgodnie z ideologią, która głosi ponadczasowe, nieosobiste, ponadludzkie prawdy; ideologią, która jest osadzona w zrozumieniu dla niezmiennych praw życia i przemawiającą do tych, którzy w upadłym świecie wciąż mają w swych sercach nieposkromioną tęsknotę za doskonałym porządkiem, jaki kiedyś był i kiedyś będzie.
Każdy cel, który jest logicznie i obiektywnie w zgodzie z wojennymi zadaniami nieśmiertelnych sił światła w ich wiecznej walce przeciwko siłom ciemności, czyli dezintegracji – walce opisanej we wszystkich mitologiach świata – powtarzam, każdy taki cel usprawiedliwia dowolną ilość nieegoistycznej przemocy. Co więcej, gdy era zagłady, w której żyjemy, postępuje, coraz czarniejsza i coraz gwałtowniejsza rok po roku, nie ma możliwości uniknięcia skorzystania z przemocy w służbie prawdy. Żaden człowiek, żaden bohater nie może dziś przywołać nawet odrobiny prawdziwego porządku i sprawiedliwości w żadnym rejonie globu bez użycia siły fizycznej, zwłaszcza, jeśli ma tylko kilka lat do dyspozycji. I, niestety, im dalej świat podąża w obecnym wieku technologicznych cudów i ludzkiego upodlenia, tym bardziej na wielkich, natchnionych ludzi wpływa czynnik czasu, natychmiast gdy chcą użyć swej podniosłej, intuicyjnej wiedzy o wiecznej prawdzie, by rozwiązać praktyczne problemy. Po prostu muszą działać; nie tylko dokładnie, ale i szybko, jeśli nie chcą ujrzeć sił dezintegracji niszczących ich bezcenną pracę w zarodku. I czym im się to podoba, czy nie, „dokładnie i szybko” oznacza, co jest nieuniknione, użycie przemocy bez wahania. Można by powiedzieć, zyskując przy tym coraz więcej pewności wraz z postępowaniem ery ciemności, że boscy ludzie czynu są pokonani, przynajmniej na razie, nie dlatego, że byli zbyt bezwzględni (i tym samym wzbudzili przeciw sobie, swym ideom i swym współpracownikom oburzenie „porządnych ludzi”), ale dlatego, że byli niewystarczająco bezwzględni, nie wybiwszy zastępów swych wrogów, aż do ostatniego, podczas swej krótkiej chwili tryumfu; że nie uciszyli tych milionów przewrażliwionych hipokrytów i ich mistrzów, sprytnych twórców kosmicznych bzdur, poprzez użycie poważniejszej przemocy, pełniejszej eksterminacji.
Z powyższego jasno wynika, że całkowite potępienie przemocy równoznaczne jest z potępieniem walki sił życia i światła przeciwko siłom dezintegracji – walki heroicznej i zaciętej, jako że świat spieszy ku zagładzie. Równałoby się to także potępieniu walki, która w każdej ze swych trwających wieki, przeróżnych etapów, a nawet chwilowych klęsk, da światu, po jego w pełni zasłużonym rozpadzie, szansę na nowy początek, na który zasługuje niewielu. Będąc zniewolonym przez czas, a zwłaszcza, gdy trwa Kali Juga, i gdy nie korzysta się z przemocy, ma się wkład – świadomie lub nie – w sukces sił dezintegracji, które nazywamy siłami śmierci.
Jeśli chodzi o przemoc, która jest używana, by wspomagać walkę sił śmierci, ma ona, i zawsze miała, dwojaki charakter. Po pierwsze, może być skierowana przeciwko życiu samemu w sobie – czy to przeciwko całej, niewinnej, żywej Naturze – czy to przeciwko podstawowym interesom ludzkości wyższego rodzaju, w imieniu „zwykłego człowieka”. Po drugie, skierowana może być przeciwko konkretnym ludziom, którzy, coraz bardziej świadomi tragicznej rzeczywistości wieku ciemności, zabierają głos w sprawie wiecznych wartości życia i odrodzenia w oparciu o prawdziwe, uniwersalne podstawy.
By zatriumfowała nędzna i powolna, acz pewna dezintegracja kultury, potrzeba w gruncie rzeczy coraz mniej przemocy. Świat w naturalny sposób coraz szybciej ewoluuje ku rozpadowi. Być może trzeba było już kiedyś popchnąć go na tej śliskiej ścieżce. Teraz już nie trzeba, gdyż sam stacza się ku zagładzie. Tym samym mistrzowie dezintegracji mają łatwe zadanie. Wystarczy im śledzić groźne tendencje wśród coraz bardziej godnych pogardy ludzi i podsycać je, by stać się ulubieńcami świata. Ale w swej wojnie przeciwko nielicznym, ale coraz bardziej świadomym głosicielom wyższych wartości – propagatorom naturalnej hierarchii ras, czcicielom światła, siły, młodości – stają się coraz bardziej okrutni. Ich nienawiść rośnie, gdy historia rozwija się, jak gdyby wiedzieli czy czuli, że każde z ich zwycięstw, jakkolwiek okazałe, zbliża ich do końca, do chwili odkupienia, w której muszą zginąć i dzięki której ludzie od nich doskonalsi, teraz sądzeni, muszą stać się przywódcami nowej epoki. Ich nienawiść rośnie, podobnie jak okrucieństwo, gdy chwila odkupienia zbliża się, a z nią świt nowego uniwersalnego porządku, co jest nieuniknione jak nadejście wiosny.
Spieszy im się – nie, jak bohaterskiej elicie, z powodu zwykłej niecierpliwości; nie z tęsknoty, by ujrzeć wiek prawdy, przywrócony przed swym czasem, ale z powodu gorączkowej żądzy; z woli, by wycisnąć ze świata i mieć dla siebie wszelkie dobra materialne i wszystko to, co może zaspokoić ich próżność, zanim nie będzie za późno. A że czas mija, ich pośpiech staje się szaleńczy. Jedyną przeszkodą, jaką mają na swej drodze i która wciąż się im opiera – i zawsze będzie, aż do końca – jest dokładnie ta dumna elita, której ta katastrofa nie może zniechęcić, tortury nie mogą złamać, pieniądze nie mogą kupić. Świadomie czy nie, czy sprytnie wciągnięci, czy zwyczajnie ślepi, poprzez wrodzoną głupotę, poplecznicy dezintegracji angażują się w wojnę przeciwko ludziom ze złota i stali z niesłabnącą, piekielną furią.
Ale przemoc, jaką stosują, nie jest tą szczerą, otwartą przemocą natchnionych idealistów, dążących do wprowadzenia – i to szybko – wzniosłego porządku socjopolitycznego, zbyt dobrego dla ich niegodnych czasów. To jest podstępna, przyczajona, tchórzliwa przemoc, tym bardziej skuteczna, z im większą żarliwością jej istnieniu zaprzeczają czy to dranie, którzy ją stosują i tolerują, czy to głupcy, którzy naprawdę wierzą, że jej nie ma. Jest ona wywoływana przez takie uczucia, których prawdopodobnie nie można ujawniać nawet i w zdegenerowanym świecie, nie narażając na ryzyko swojego celu – wywołuje ją czysta nienawiść, wywodząca się z zazdrości – nienawiść bezwartościowych słabeuszy do tych silnych; nienawiść brzydkich dusz (przeważnie wcielonych w równie brzydkie ciała) do tych pięknych z natury; do szlachetnych, wspaniałomyślnych, bezinteresownych, do prawdziwej arystokracji tego świata; nienawiść nieszczęśliwych – albo nawet więcej – znudzonych; tych, którzy żyją tylko dla zasobności swego portfela i nie mają nic, za co mogliby oddać życie – do takich, którzy żyją i są gotowi umrzeć w obronie najwyższych wartości. Taka jest, coraz bardziej rozpowszechniona na cały świat, przemoc naszych czasów; coraz trudniejsza do zidentyfikowania w swym subtelnym przebraniu nawet dla ludzi, którzy cierpią z jej powodu.
Starożytni wiedzieli lepiej od nam współczesnych, kto jest ich sprzymierzeńcem, a kto wrogiem. I to jest naturalne. W świecie, pędzącym ku zagładzie, musi pojawić się rosnąca niewiedza – brak wiedzy o tym, co powinno się doskonale wiedzieć, żeby przetrwać. Starożytni cierpieli i wiedzieli, kogo za to przeklinać. Współcześni mężczyźni i kobiety z zasady nie wiedzą; nie obchodzi ich to, są zbyt leniwi, zbyt zmęczeni, zbyt mało im zostało do końca ich świata, żeby postarać się poważnie zająć szukaniem odpowiedzi. A sprytne łotry, sami będąc przyczyną tego nieszczęścia, podjudzają ich, by winili tych, których niezawodna mądrość i bezinteresowna miłość mogła ich uratować, gdyby tylko chcieli być uratowani. Podsycają nienawiść do elity, która powstaje przeciwko biegowi czasu, mających czystą i jasną wizję nowego, wspaniałego porządku już po zagładzie obecnego świata.
Tysiące głupich ludzi dobrej woli, którzy bez zastanowienia przyjmą wszystko, co czytają i nie zadają pytań, nie mają pojęcia o koszmarze, tworzonym przez swych rodaków w innych krajach, gdzie są kolonistami lub żołnierzami okupacyjnych armii; nie mają pojęcia, co się dzieje w ich własnym kraju za więziennymi kratami, w salach tortur, gdzie prowadzi się przesłuchania więźniów politycznych, czy w obozach koncentracyjnych. Tak naprawdę w Anglii i innych demokratycznych państwach wiele osób jest przekonanych, że ich rządy nigdy nie tolerowały rzeczy takich jak obozy koncentracyjne czy sale tortur. Tylko „wróg” miał takie rzeczy – tak im się wydaje. A przecież wcześniej nie mieliby nic przeciwko przyznaniu, że „każdy ma takie rzeczy”; co więcej, każdy musi mieć takie nieprzyjemne akcesoria, bo nie da się bez nich prowadzić wojny.
Ale teraz hipokryzja dotycząca przemocy osiągnęła szczyt. Nigdy na świecie nie było tyle okrucieństwa, a wszystko po to, by ją ukryć, zaprzeczyć jej, zapomnieć o niej i, o ile się, by inni też zapomnieli. Nigdy ludzie nie chcieli jej aż tak bardzo zapomnieć w swych pozornie „przyzwoitych” domach i ulicach, gdzie ani człowiekowi, ani zwierzęciu nie dzieje się żadna krzywda – chyba, że rzecz dotyczy akurat „wroga”. Jedyna sytuacja, gdy współcześni ludzie nie próbują minimalizować okropieństw, a w zasadzie je uwypuklają (i czasem zwyczajnie je wymyślają) to przypadkiem są (albo może celowo) okropieństwa „wroga” – nigdy ich własne. I to jest kolejny przykład wszechobecnej cechy naszych czasów – ogólnej miłości do kłamstwa.
To, co nastawiło świat tak źle do szczerych zwolenników twardych metod zarówno rządzenia, jak i walki, to nie to, że ich metody były brutalne, ale to, że byli oni szczerzy. Kłamcy nienawidzą tych, którzy mówią nieprzyjemną prawdę i którzy zachowują się zgodnie z nią.
Nieprzyjemną prawdą jest to, że pacyfizm, umiłowanie pokoju i tym podobne są najczęściej jedynie narzędziami w służbie sił dezintegracji; brudnymi sztuczkami, żeby oszukać głupców, żeby osłabiać silnych, i by nastawić miliony tchórzy i hipokrytów (większą część tego świata) przeciwko tej garstce, której natchnione działania, doprowadzone zdecydowanie do logicznego końca, mogły, być może, powstrzymać, nawet teraz, upadek człowieczeństwa. A jeśli tym nie są, to są zupełnie pozbawieni sensu. Jak powiedzieliśmy już na początku, brak przemocy może istnieć jedynie w świecie, gdzie porządek socjopolityczny jest, na ogólnoświatową skalę, repliką wiecznego porządku kosmicznego. Żadne skuteczne nauczanie, żadne cząstkowe zastosowanie pacyfizmu w polityce, poza takim porządkiem, prowadzi jedynie, w ostatecznym rozrachunku, do jeszcze większej przemocy, do większego wyzysku żywej Natury i jeszcze większego ucisku człowieka ze strony tych, którzy pracują na rzecz sił śmierci.
Niestety, pacyfiści w większości albo wcale nie chcą pokoju, a jedynie udają, że chcą, albo chcą, ale tylko po spełnieniu określonych warunków ideologicznych, które są sprzeczne z obecnym establishmentem. Każda przemoc, skierowana przeciwko ludziom, szokuje ich. Dlatego ludzie, którzy otwarcie popierają użycie siły – nawet w najbardziej bezinteresownym duchu i dla najlepszych celów – są przez nich znienawidzeni. Pomóc im podbić świat i rządzić nim? O, nie! Wszystko, tylko nie to! Ideały bezwzględnych ludzi, którzy mają wizję, być może i są ideałami Złotego Wieku, ale ich metody! Ich cyniczne podejście do ludzkiego życia, ich nieugięte i bezlitosne pozbywanie się wszelkich przeszkód, byle tylko osiągnąć swój bezinteresowny cel; ich „ohydna logika” (by zacytować słowa francuskiego urzędnika państwowego w okupowanych Niemczech po wojnie) – nasi pacyfiści nigdy by tego nie poparli! W efekcie popierają coś znacznie gorszego – przeważnie zupełnie nieświadomie. Bo, poprzez niepodjęcie próby stanięcia twarzą w twarz z faktami i przyjęcia jedynego rozsądnego punktu widzenia, który prawdziwie miłujący pokój powinni dziś mieć, stali się narzędziem w służbie sił dezintegracji.
Jako że nie można być częściowo po jednej ze stron – albo się jest za wiecznymi siłami światła i życia, albo przeciwko nim. O ile nie żyje się ponad lub poza czasem, można albo poddać się nieuniknionemu nurtowi historii – i podążyć ku upadkowi i zgniliźnie, albo stanąć przeciw biegowi wieków w gorzkiej, najwyraźniej beznadziejnej, ale wciąż pięknej walce, z oczami wpatrzonymi w nieprzemijające ideały, które można w pełni zmaterializować tylko raz – u świtu każdego cyklu, gdy pojawia się kolejna, nowa ludzkość. Ale prawdą jest, że ta dumna, będąca w mniejszości grupa ludzi czynu, którzy walczą, wbrew czasowi, o ideały Złotego Wieku, musi stawać się, z biegiem lat, coraz bardziej bezwzględna w swych wysiłkach, by pokonać coraz lepiej zorganizowanych, coraz trudniejszych do wychwycenia i coraz bardziej licznych przeciwników.
I z tego właśnie powodu przewrażliwionym pacyfistom będzie coraz trudniej nadążyć za tym wszystkim. Najprawdopodobniej będą oni wciąż bardziej skłonni, by identyfikować się z kłamliwymi agentami ciemnych sił. I tak, dzień po dniu, rok po roku, teraz i w przyszłości, walczące ze sobą siły światła i ciemności mogą jedynie trwać w swej śmiertelnej walce, co zawsze czyniły, ale teraz w coraz bardziej zaciekły sposób. I z biegiem czasu będzie to walka między otwarcie uznawaną i akceptowaną przemocą, a przemocą nieszczerą i zakamuflowaną; pierwszą – w służbie najwyższych wartości na ziemi, czyli tworzenia doskonałości czy też ludzkości Złotego Wieku, drugą – w służbie wrogów życia. Tak musi być aż do chwili, gdy po ostatecznym upadku przywództwo świata przejęte zostanie przez zwycięską elitę, która, nawet podczas powolnego, ogólnego rozkładu człowieczeństwa, nigdy nie straci ani wiary w uniwersalne wieczne wartości, ani chęci, by budować na nich i tylko na nich swe zasady działania.
Wszyscy ludzie, ponieważ nie są wolni od więzów czasu, podążają w dół ścieżki historii, czy tego chcą, czy nie i czy im się to podoba, czy nie.
Niewielu tak naprawdę to cieszy i to nawet w naszej epoce – a już zwłaszcza w szczęśliwszych czasach, gdy ludzie czytali mniej i myśleli więcej. Niewielu idzie tą ścieżką bez wahania, bez smutnego spojrzenia za siebie od czasu do czasu, w kierunku odległego, utraconego raju, do którego, co podświadomie wyczuwają, nie będą już mieli szansy wrócić; do raju doskonałości czasu – rzeczy tak dalekiej, że najwcześniejsi ludzie, o których istnieniu wiemy, pamiętali go tylko jako marzenie. Tak czy owak, idą tą śmiertelną drogą. Są posłuszni przeznaczeniu.
Takie pełne rezygnacji poddanie się prawom rozkładu – taka akceptacja więzów czasu przez stworzenia, mające niejasne przeczucie, że mogłyby być od nich wolne, ale którym ciężko jest podjąć próbę uwolnienia się; stworzenia mające świadomość, że nigdy im się nie uda, nawet gdyby spróbowały – leży u podstawy nieuleczalnego nieszczęścia, nad którym ubolewano w greckiej tragedii, a także o wiele wcześniej. Człowiek jest nieszczęśliwy, gdyż wie lub czuje – w gruncie rzeczy – że świat, w którym żyje i którego jest częścią, nie jest taki, jaki powinien być i nie jest tym, czym powinien być. Nie może z czystym sumieniem uznać tego świata za swój – a zwłaszcza nie może zaakceptować tego, że świat ten ze złego staje się jeszcze gorszy – i być zadowolonym. Jakkolwiek by się nie starał być „realistą” i próbował odebrać przeznaczeniu cokolwiek i kiedykolwiek, na dnie jego serca wciąż pozostanie nieposkromiona tęsknota za lepszym. Najczęściej nie może on pragnąć tego świata takim, jakim jest.
Ale paru ludzi – równie nielicznych, jak ci wyzwoleni, dla których czas nie istnieje, a może i nawet jeszcze mniej licznych – potrafi [zaakceptować świat w obecnej formie – przyp. tłum.] i robi to. To najbardziej skrupulatni i najbardziej bezlitośnie skuteczni agenci sił śmierci na ziemi – nadzwyczaj inteligentni i czasem niezwykle dalekowzroczni. Zawsze pozbawieni skrupułów i gotowi na wszystko; pracujący bez wahania i jakichkolwiek wątpliwości na rzecz procesu upadku historii oraz (czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie) jego logicznej konsekwencji – anihilacji człowieka i życia.
Rzecz jasna, nie zawsze mają tego świadomość. Ale nawet jeśli tak, to nie obchodzi ich to. Skoro prawa czasu są takie, a nie inne i skoro kres i tak musi nadejść, równie dobrze powinni czerpać wszelkie możliwe korzyści z tego procesu, który tak czy owak, wcześniej czy później, ów kres wywoła. Skoro nikt nie potrafi odtworzyć pradawnego, utraconego raju – nikt poza czasem samym w sobie, który zatoczy pełne koło – oni, którzy umieją zapomnieć o odległych wizjach, którzy nigdy nie wyczuli, że świat umiera, którzy tłumią w sobie prastarą tęsknotę za doskonałością, albo raczej którzy jej nigdy nie poznali, równie dobrze mogą, uważam, wycisnąć z ulotnych chwil (minut, lat – co za różnica) wszelką intensywną, natychmiastową przyjemność, aż nadejdzie ich czas i będą musieli umrzeć. Powinni opieczętować świat i zmusić całe pokolenia, by ich pamiętały, aż nadejdzie godzina, w której świat będzie musiał umrzeć. Tak im się wydaje. I nie ma szczególnego znaczenia, jakie cierpienia mogą sprowadzić na ludzi czy inne żywe stworzenia poprzez swe działania.
Tak czy inaczej, i ludzie, i inne stworzenia, będą cierpieć. I przez nich, i przez innych, o ile tylko przybliży to tych ludzi do celu. Cele tych ludzi – ludzi więzionych przez czas w całym tego słowa znaczeniu – są zawsze egoistyczne, nawet gdy, ze względu na ich materialną wielkość i znaczenie historyczne, znacznie przekraczają czas życia jednego człowieka, a tak rzeczywiście jest, czasem ze względu na wyrachowanie – żądanie większej przestrzeni i większego uznania, niż by to wynikało z naturalnego porządku rzeczy – to wszystko jest fundamentem dezintegracji i dlatego jest nieodłączną częścią czasu. Można by rzec, że im bardziej jest się na wskroś, bezwstydnie samolubnym, tym bardziej żyje się wewnątrz czasu.
Ale, jak już powiedzieliśmy, egoizm ujawnia się na przeróżne sposoby. Może on znaleźć wyraz w zwyczajnym pożądaniu czy osobistej przyjemności, co charakteryzuje bezwstydnego lubieżnika, albo w nienasyconej żądzy złota, albo w potrzebie honorów i władzy, albo w ambicjach rodzinnych, gdy człowiek poświęci każdą sprawę światowej wagi na rzecz dobrobytu i szczęścia swej żony i dzieci. Ale może to także być stawianie danego plemienia czy kraju ponad innymi, nie z powodu ich wrodzonej wartości czy naturalnej hierarchii życia, ale tylko dlatego, że jest to akurat plemię czy kraj danego człowieka. Może to mieć – i często ma – swe źródło w nieuzasadnionym stawianiu wszelkich istnień ludzkich, nawet najpodlejszych, ponad całą resztę żywych stworzeń, nawet najzdrowszych i najpiękniejszych, co tkwi u podstaw prastarej tyranii człowieka nad Naturą; „miłość człowiecza” nie w zgodzie z boskimi wytycznymi i prawami każdego gatunku (każdej rasy i każdego rodzaju) do swojego miejsca, ale w duchu marnej solidarności ze swymi ziomkami, dobrymi czy złymi, wartymi coś czy nie, głównie dlatego, że są ziomkami. Ludzie żyjący wewnątrz czasu wiedzą, co jest ich, a co nie, i kochają to, co do nich należy.
Ponieważ są ludzie istniejący wewnątrz czasu, są także takie filozofie i religie; fałszywe religie – i to wszystkie, gdyż prawdziwa religia musi być ponad czasem. Dzisiaj prawie wszystkie interpretacje pradawnej religii, i niemal wszystkie „izmy”, które religie zastąpiły, są tymi istniejącymi wewnątrz czasu. Ich zadaniem w biegu zdarzeń, w obecnym punkcie historii świata, jest jedynie oszukiwanie słabeuszy i głupców dobrej woli, ludzi wahających się, którzy chcą wymówki, usprawiedliwienia dla swego życia wewnątrz czasu, by nie mieć nieprzyjemnego uczucia nieczystego sumienia, i którzy sami sobie nie potrafią jej znaleźć. Cieszą się, chwytając się filozofii, która głosi, że jest bezinteresowna i pozwala im, zachęca ich do pracy pod jej przykrywką na rzecz ich egoistycznych pobudek. Ci, którzy podążają za naprawdę bezinteresowną doktryną – prawdziwie ponadczasową filozofią – w tym właśnie celu, okłamują jeszcze bardziej bezwstydnie siebie i innych.
Ale przeciętni więźniowie czasu nie potrzebują żadnej usprawiedliwiającej ideologii, by działać. Ich na wskroś samolubne nastawienie, w całej swej jaskrawej bezwstydności jest znacznie piękniejsze niż ta rosnąca tendencja wśród małych ludzi, by osunąć się w dół ścieżki potępienia, jednocześnie chwytając się „szlachetnych” działań w imię takich wartości, jak „wolność, równość, braterstwo”, czy „prawa międzynarodowego proletariatu”, czy też jakichś niezrozumiałych religii. Cokolwiek powiedzą ludziom, których chcą oszukać – których muszą oszukać, aby odnieść sukces – prawdziwi ludzie wewnątrz czasu nigdy nie oszukują samych siebie. Wiedzą, czego naprawdę chcą. I wiedzą, jak tego dokonać. I nie obchodzi ich, jakie będą tego koszty, poniesione przez innych czy nich samych. I, zwłaszcza, nie chcą też niczego, co nie byłoby w zgodzie z ich planami.
I tak – czy na niewielką skalę, jak ten uparty lubieżnik, czy mający jeden tylko cel sknera, czy też na skalę całego kraju lub kontynentu, jak ci, którzy niepokoją miliony i poświęcają je potem, by narzucić własną wolę, i zachowują się jak bogowie. I mimo wielkości ich osiągnięć i piękna najważniejszych cech ich charakteru, które zaprzęgają do służby swej sprawie, niewielu z nich naprawdę ma w sobie coś boskiego, inaczej niż, na przykład, największy zdobywca naszych czasów, którego niezwykłe sukcesy są tematem części tej książki, Dżyngis-chan. Mają splendor ogromnych, niszczących sił Natury: ryczącego morza, zalewającego ląd, strumieni lawy, wypalających sobie drogę wśród przeszkód, błyskawic, które ludzie czcili, kiedy jeszcze rozumieli, co jest boskie.
Oczywiście, wszystko to można powiedzieć jedynie o tych ludziach, których działania dzięki swemu ogromowi przekraczają granice tego, co osobiste. Trudno wyobrazić sobie, by jakiś zwykły poszukiwacz fizycznych przyjemności posiadł taką groźną, boską wielkość. Ważność ludzi wewnątrz czasu, jako taka, zależy od samego charakteru ich działań i od tego, na co mają wpływ, nie mniej niż od sposobu, w jaki działają dla swych jednostronnych, cynicznych celów. I jest to zrozumiałe z powodów innych niż czysto estetyczne wrażenie, które prawdziwa historia wielkiego życia może wywrzeć na czytelniku czy osobie postronnej. Jest to konsekwencja faktu, że, podobnie jak wielkie siły Natury, o których już mówiliśmy, prawdziwi ludzie wewnątrz czasu to ślepa siła, nieświadomie służąca celom wszechświata. Tak samo rzecz się ma z tymi maluczkimi, którzy gonią za drobnymi zyskami w swej ograniczonej strefie działania. Oni także są ślepymi siłami destrukcji. Ale małymi, przynajmniej w naszej skali. Trwogi bożej doznajemy jedynie za sprawą tych największych – tak jak, na przykład, przed sztormem na morzu, podczas gdy widok wody w sadzawce, wzburzonej przez wiatr, nie robi na nas wrażenia.
Gdy te cele – jakkolwiek marne i osobiste – są po mistrzowsku realizowane poprzez działania takie jak, na przykład, wywołanie niepokoju na całym świecie, do osiągnięcia których człowiek wewnątrz czasu wykorzystuje nadludzkie cechy, godne znacznie większej sprawy, można poczuć się jak w obecności nie człowieka wewnątrz czasu, a boskiego Niszczyciela – Mahakali – Wielkiego Czasu – zawsze dążącego do anihilacji, po której następuje odrodzenie, a później dalszy rozpad i anihilacja.
Człowiek wewnątrz czasu może mieć dowolny cel z wyjątkiem takiego, który jest bezinteresowny (bo to natychmiast wyniosłoby go ponad czas). Zawsze jest niczym ślepa siła niszczycielskiej Natury. (To dlatego tak wiele całkowicie „złych” postaci w literaturze i teatrze jest tak atrakcyjnych w swej złej sile.) Nie ma ideologii. Albo raczej, jego ideologią jest on sam w oderwaniu od boskiej całości, innymi słowy jest to dezintegracja całości (wszechświata) na rzecz siebie samego i, ostatecznie, destrukcja także jego samego, chociaż on o tym nie wie, albo go to nie interesuje. I tak jest w każdym wypadku. Ale w pewnych okolicznościach, kiedy jego działania nabierają w historii ludzkości takiego stałego znaczenia, jakie mają na ziemi geologiczne kataklizmy, wtedy, jak powiedziałam, człowiek wewnątrz czasu znika i w jego miejsce pojawia się, w całym swym majestacie, Mahakala, wieczny Niszczyciel. To właśnie Jego podziwiamy w osobach będących wspaniałymi błyskawicami, takich jak Dżyngis-chan – Jego, nie ich. Oni są ledwie glinianymi postaciami, zamieszkiwanymi przez Niego przez kilka krótkich lat. I gdy ta gliniana postać znika, przywodząc na myśl niewidzialnego boga lub boginię – wieczną siłę – tak znika egoizm i ujawnia się bezosobowa celowość życia; destrukcyjny etap boskiej gry, w której już leży obietnica nadejścia nowego świtu.
I jak wulkaniczne wstrząsy czy niszczycielskie fale przypływu na przestrzeni wieków wciąż na nowo kształtują świat fizyczny, tak wielcy ludzie wewnątrz czasu przybliżają nas do końca, który da nam wolność, i tym samym przygotowują drogę dla nowego, wspaniałego początku. Jako „bicze boże” są oni poniekąd czymś w rodzaju błogosławieństwa. Znacznie lepsza jest ich szczera, brutalna, destrukcyjna siła, którą wykorzystują do własnych celów, niż niemądra mieszanina zwyczajnych ludzi o dobrej woli, którzy – nie mając odwagi atakować, palić i burzyć – starają się „czynić dobro” na tym upadającym świecie i mają tylko „konstruktywne” plany – wszystko to jest bezużyteczne! Ponieważ niszczenie i tworzenie zawsze się ze sobą łączą. Dlatego też podziwiamy tak błyskawicę, jak i słońce, i przepełnia nas uczucie świętej trwogi na myśl o ogromnych zniszczeniach, za którymi nie stoją żadne ideologie, o ludzkim wcieleniu wielkiego Mahakali.
Lecz są też ludzie poza czasem, lub raczej ponad czasem. Ludzie, którzy żyją tu i teraz, w wieczności. Którzy nie odgrywają żadnej roli (przynajmniej bezpośrednio) w biegu historii ku rozpadowi i śmierci, ale obserwują go z góry, tak jak z silnego i bezpiecznego mostu obserwuje się niepowstrzymany pęd wodospadu w przepaść, i którzy odrzucili prawo przemocy będące prawem czasu.
Wśród takich ludzi większość wiedzie niezwykłe życie, z dala od świata. Życie, którego cała wewnętrzna dyscyplina – duchowa, moralna i fizyczna – jest systematycznie planowana, by utrzymać ich w trwałym związku ze wspaniałą rzeczywistością poza czasem – która jest, a nie zaledwie wydaje się być. Są prawdziwymi ascetami (w etymologicznym sensie słowa – tymi, którzy przygotowali się do życia w wieczności). Pozostali – znacznie rzadziej spotykani – żyją w wieczności bez specjalnego przygotowania, nawet, pozornie, żyjąc życiem świata, będąc mężami i żonami, rodzicami i wychowawcami dzieci, fizycznymi i umysłowymi pracownikami, obywatelami, żołnierzami i władcami.
Spośród żyjących poza lub ponad czasem niektórzy są zbawcami. Inni po prostu pozostawiają sprawy i ludzi samym sobie, ponieważ czują, że nie mają prawa wtrącać się w czyjekolwiek przeznaczenie i wiedzą, że, z biegiem czasu, wszystkie pragnące zbawienia dusze podążą ku wiecznemu życiu świętych. Różnica pomiędzy tymi dwoma rodzajami wyzwolonych ludzi przypomina, używając terminologii buddyzmu, tę pomiędzy bodhisattwą a arahantem. Oba są wolnymi istotami, istniejącymi poza prawem narodzin i odrodzenia – wyzwolonymi z więzów czasu. Jednak, podczas gdy arahant pozostaje całkowicie oddzielony od upadającego świata, bodhisattwa wciąż rodzi się na nowo, z własnej woli, by pomóc żyjącym istotom wydostać się z oceanu życia uwięzionego w czasie.
Lecz zbawienie oferowane światu przez ludzi ponad czasem zawsze polega na zerwaniu więzów czasu. Nigdy nie będzie polegało na życiu w społeczeństwie na ziemi, w zgodzie z ideałami Złotego Wieku. Jest to bowiem zbawienie dla pojedynczej duszy, nie dla zorganizowanego społeczeństwa.
Prawdą jest, że niektórzy, choć bardzo nieliczni, z tych, których określiliśmy mianem ludzi ponad czasem, są (lub starają się być) reformatorami na ziemi, bez użycia przemocy. Ale, tak naprawdę, żaden z nich nie został zbawcą społeczeństwa. Zbawcami, w przyziemnym znaczeniu tego słowa – tymi, którzy wyruszyli, by udoskonalać nie tylko dusze ludzi, ale też życie człowieka w społeczeństwie oraz rządowe i międzynarodowe relacje – są ci, których nazywamy ludźmi walczącymi z czasem. Muszą oni używać przemocy, choć nie zawsze fizycznej. Mogą być – w zasadzie powinni być – wolni od więzów czasu, jeśli mają działać z maksymalną dalekowzrocznością i skutecznością. Muszą jednak wziąć pod uwagę warunki działania w ramach czasu – muszą więc w pewnym stopniu żyć wewnątrz czasu. Pozostali – ludzie ponad czasem, którzy okazali się być reformatorami – nie starali się przekształcić świata zgodnie z własnym pojęciem odwiecznych prawd (w przeciwnym razie musieliby użyć przemocy). To, co robili, było wprowadzaniem w życie ich własnej ponadczasowej filozofii. I ponieważ zajmowali ważne pozycje – jak najwybitniejszy z nich wszystkich, Echnaton, król Egiptu, który w swoich czasach był najpotężniejszym człowiekiem na ziemi – ich życie musiało mieć wpływ na życie im współczesnych.
Może wydawać się dziwne, że twórca religii państwowej – gdyż kult „tarczy słonecznej” niewątpliwie tym był – nie zalicza się do zbawicieli świata, ale raczej do tych niezwykle rzadkich ludzi ponad czasem, którzy przeżyli swoje ziemskie życie uparcie pozostając obcymi dla ponurej ziemskiej rzeczywistości. Ale pozory mylą. W dalszej części zobaczymy, analizując naturę nierozumianego kultu tarczy słonecznej i życie króla Echnatona, jego inspiratora, że ten pogląd jest prawdziwy. Najbardziej charakterystyczną cechą ludzi poza lub ponad czasem, w przeciwieństwie do żyjących wewnątrz czasu lub walczących z czasem, jest prawdopodobnie ich konsekwentna odmowa stosowania przemocy, nawet w celu wsparcia najsłuszniejszej sprawy. Nie wszyscy oni są przeczuleni na punkcie przemocy jak słabeusze, ani dobrzy, ani źli, którzy stanowią dziewięćdziesiąt procent ludności w naszych czasach. Ich działanie, jak działanie słońca, przejawia się zasadniczo w ich własnym promieniowaniu siłą, pięknem i dobrocią. Oczywiście to, co robią, zawsze jest odzwierciedleniem tego, kim są – niczym więcej, niczym innym, niczym, co byłoby im obce, ponieważ są w pełni świadomi swojego istnienia. I jeśli posiadają jakiekolwiek znaczące oddziaływanie, jest to, jak w przypadku słońca, oddziaływanie z góry i z oddali, odznaczające się bezstronnością, bezkrytyczną i bezosobową dobrocią. Nie czynią nic, by zniewolić innych – przynajmniej poza określonymi granicami, nawet jeśli żyją na świecie. Wiedzą, że nie mogą wymusić rozwoju wypadków, ani też ograniczyć roli, jaką czas pełni w życiu tych, którzy wciąż podlegają jego żelaznemu prawu. Błyszczą – jak słońce. Jeśli ziarno ma w sobie życie, wcześniej czy później dojrzeje, nieważne kiedy. Przemoc wspomogłaby jedynie jego wzrost. A gdyby ziarno było martwe? Niechby było! Są nowe ziarna, nowe twory, zawsze od nowa. Ludzie, którzy żyją w wieczności, mogą poczekać.
Powiedzieliśmy sobie, że ci, którzy pozostają ponad czasem, nie uciekają się do przemocy. Nie oznacza to jednak, że wszyscy ludzie wstrzymujący się od stosowania przemocy są wyzwolonymi duszami, żyjącymi ponad czasem. Po pierwsze, ogromna liczba tchórzy nie używa przemocy ze strachu przed podjęciem ryzyka. A oni z pewnością nie są wolni od więzów czasu. Po drugie to, czego często nie uznaje się za przemoc – i faktycznie określane jest mianem pacyfizmu – jest w rzeczywistości subtelniejszą formą przemocy – dręczenie ludzkich uczuć, bardziej brutalne i – jeśli wiemy, do jakich uczuć odwołać się w każdym przypadku – często skuteczniejsze niż dręczenie ich ciał. Podziwiany „pacyfizm” Mahatmy Gandhiego był właśnie tego rodzaju – była to przemoc psychiczna. Nie mówiło się: „Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię!”, ale: „Jeśli tego nie zrobisz, zabiję się!…bo wiem, że cenisz moje życie”. To ostatnie postępowanie wydaje się „szlachetniejsze”. Ale w zasadzie nie ma między nimi różnicy – poza sposobem wywierania presji. Właściwie jest nawet mniej szlachetne, ponieważ, właśnie z powodu tego subtelnego sposobu, przekonuje ludzi, że nie jest formą przemocy, zawiera więc element oszustwa, nieodłączny fałsz, od którego zwykła przemoc jest wolna.
Mahatma Gandhi pod żadnym względem nie był tym, którego próbujemy zdefiniować jako człowieka ponad czasem. Był tym, którego będziemy nazywać człowiekiem walczącym z czasem, starającym się – o wiele za późno lub… trochę za wcześnie – ustanowić wyraźny porządek sprawiedliwości (ram raj) na tej ziemi. Jednak jego tak zwanemu „pacyfizmowi” – psychicznej przemocy – brakuje szczerości brutalnej siły, zatem jest on charakterystyczny dla naszej epoki nieuczciwości (jakkolwiek uczciwy i szczery mógł być sam Mahatma Gandhi). Jest to prawdopodobnie pierwszy przypadek w historii, kiedy użyto zamaskowanej formy przemocy, na dużą skalę, w walce o dobrą sprawę. Popularność pacyfizmu w Indiach może być częściowo spowodowana tym, że była to, lub wydawała się być, jedyna możliwa do zastosowania broń w rękach całkowicie nieuzbrojonych i, w dużej mierze, apatycznych ludzi. W innych krajach pacyfizm również cieszył się ogromną popularnością, nieproporcjonalną do jego prawdziwej wartości (także późniejsza ogromna sława Mahatmy Gandhiego, uznanego za „świątobliwego”, nieproporcjonalna jest do rzeczywistego miejsca, jakie zajmuje on wśród wielkich ludzi Indii). Obcokrajowcy, którzy najbardziej przyczynili się do rozpropagowania pacyfizmu, to ludzie typowi dla naszego zdegenerowanego wieku – ludzie, którzy wzdragają się na samą myśl o jakimkolwiek zdrowym i szczerym przejawie przemocy, ale którzy nie potrafią nawet dostrzec przemocy psychicznej, mężczyźni i kobiety (zwłaszcza kobiety) z krajów demokratycznego Zachodu, najbardziej obłudnej części świata. Przemawiał do nich właśnie z tego powodu, że była to zamaskowana przemoc. Nawet Anglicy (niektórzy z nich żyli w Indiach, niektórzy posiadali nawet wysokie stanowiska wśród brytyjskiej kolonialnej biurokracji) nie mogli go nie popierać. Nie była to ta znienawidzona, brutalna siła, którą inni wielcy ludzie wbrew czasowi stosowali w całej historii (także w naszej epoce), by zaprowadzić sprawiedliwość. O, nie!
Jednak z pewnością nie był to także pacyfizm ludzi ponad czasem, którzy, jeśli w ogóle zależało im na tyle, by wystąpić od czasu do czasu przeciwko nieuchronnemu upadkowi ludzkości, albo nie użyliby prawdziwego nacisku do wprowadzenia swoich dobrych praw i przegrali, albo zastosowaliby wbrew czasowi tyle przemocy, ile byłoby konieczne, w imię boga, który w Bhagawadgicie przemówił do bojownika o słuszną sprawę.
Wygnańcy Złotego Wieku w naszym wieku ciemności, ludzie ponad czasem, albo żyją wyłącznie w swoim własnym wewnętrznym świecie, albo też żyją i działają również w tym, ale tak, jak gdyby wciąż trwał Złoty Wiek. Albo wyrzekają się tego świata, albo go ignorują – lub, nawet, zapominają o nim, tak jak człowiek zapomina o bliznach grzechu i choroby na niegdyś pięknej twarzy, którą, pomimo wszystko, wciąż kocha. Zauważają wieczność i niezmienność za pędzącym w dół strumieniem czasu. Zauważają rzecz, która jest, za rzeczą, która się wydaje. Nawet jeśli żyją w świecie form, kolorów i dźwięków tak gorliwie i intensywnie jak król Echnaton – ten najwyższy artysta – to wciąż te wszystkie wrażenia przyjmują dla nich zupełnie inne znaczenie od tego, które utrzymują w świadomości ludzi znajdujących się w niewoli czasu. Ludzie ponad czasem cieszą się z dystansem, jak ludzie, którzy wiedzą, że będą żyć wiecznie. Cierpią również z dystansem, ponieważ stale świadomi są własnego prawdziwego ja, które istnieje poza przyjemnością i bólem.
Upadający świat nigdy nie będzie mógł zrozumieć ich, poznać, tak jak oni nie mogą zrozumieć upadku człowieka, w którym nie uczestniczą, tak jak inni, którzy rozumieją go, ponieważ go doświadczają. Lecz wciąż niestrudzenie – jak Słońce, odległe i wszechobecne – rzucają swoje światło. Światło, które w naszej pogłębiającej się ciemności jest jak przebłysk wszystkich dawnych i przyszłych świtów.
Jak już powiedzieliśmy, istnieją również ludzie ze światopoglądem jak ze Złotego Wieku – w pełni świadomi tego, jak wspaniałym miejscem mógłby być świat, pod względem materialnym lub innym – którzy jednak nie potrafią ani wyrzec się obecnego życia, ani go zignorować. Ponadto są to ludzie obdarzeni tym, co Hindusi nazwaliby naturą kszatrijów – są urodzonymi wojownikami, dla których trudności istnieją po to, żeby je pokonywać, i których fascynuje niemożliwe. To są ludzie walczący z czasem – całkowicie szczerzy, bezinteresowni idealiści, wierzący w odwieczne wartości, które upadły świat odrzucił, i gotowi użyć wszelkich środków znajdujących się w ich zasięgu, by wzmocnić je na płaszczyźnie materialnej.
Ludzie poza czasem lub ponad czasem, w najlepszym razie zbawcy dusz, mają przeważnie uczniów, którzy zdecydowanie są ludźmi walczącymi z czasem. (Czasami są to nawet ludzie wewnątrz czasu, ale nie mówimy tu o nich, gdyż są oni zwykłymi wyzyskiwaczami religii lub ideologii dla własnych celów, a nie szczerymi uczniami świętych.) Prawdziwi uczniowie – oraz, rzadko, sami mistrzowie – istniejący wbrew czasowi, sumienni organizatorzy, agitatorzy bez skrupułów i bezlitośni wojownicy, są faktycznymi założycielami większości, jeśli nie wszystkich, wielkich kościołów na świecie, nawet jeśli religiami głoszonymi przez te kościoły są doktryny, które pierwotnie były ponad czasem, a tak przeważnie jest. Jest to nieuniknione, gdyż kościół jest zawsze, lub prawie zawsze, nie tylko materialną instytucją, ale też organizacją dążącą do kontrolowania życia tysięcy, jeśli nie milionów, ludzi na tym świecie – i w czasie.
Najwyraźniej jedynym wyjątkiem od tej reguły jest buddyzm, jedyna ważna międzynarodowa religia, która podbiła ponad połowę wielkiego kontynentu bez pomocy ludzi walczących z czasem i bez użycia przemocy. Jedyna, w imię której nigdy nie prześladowano wyznawców innych wiar – w całym przebiegu historii – i która, przez ludzi wewnątrz czasu i z powodów czysto politycznych, nie jest religijna. Lecz wtedy musimy pamiętać, że ta wiara, bardziej niż inne, zdominowana jest przez pragnienie odrzucenia więzów czasu, i że nie jest w ogóle obliczona na życie w czasie. Osoba, która przyjmuje założenia buddyzmu, prawdopodobnie nie potrafi wyobrazić sobie lepszego świata niż ten poza lub ponad czasem. W rezultacie otrzymujemy może nawet bardziej szokującą rozbieżność pomiędzy ideałami religii a życiem w krajach wyznających buddyzm, niż gdziekolwiek indziej. Chociaż może się to wydawać dziwne, religie, które rozprzestrzeniły się i utrzymały częściowo dzięki stosowanej przemocy, pomimo wielu wad i niższych standardów moralnych mają większy wpływ na życie swoich wyznawców jako całości.
Ludzie nie zawsze uświadamiają sobie to wystarczająco jasno, kiedy krytykują wielkich, aktywnych uczniów za niezgodność z duchem ich mistrzów. Nie uświadamiają sobie, że bez bezwzględnej pasji tych uczniów organizacje, które, muszą to przyznać, podtrzymują tego ducha, nie istniałyby w wielu miejscach, w których teraz kwitną, i że wiele „bogactw ducha”, cenionych przez nas tak bardzo, byłoby straconych dla świata. Jeśli naprawdę cenią te bogactwa, nie powinni doszukiwać się wad u ludzi walczących z czasem lub, częściej, u ludzi wewnątrz czasu, którzy powstali z niczego, by móc być w zasięgu człowieka. Gdyby nie brutalne metody Karola Wielkiego, pogromcy Sasów, tak wyraźnie różniącego się od Chrystusa, Niemcy prawdopodobnie wciąż pozostawaliby wierni swoim starym bogom. Podobnie byłoby z Norwegami, gdyby nie drastyczne metody ewangelizacji narzucone im przez króla Olafa Tryggvasona. Gdyby nie równie szczere, równie fanatyczne, i nawet bardziej brutalne działania wielu ludzi walczących z czasem i wewnątrz czasu, w szesnastym i siedemnastym wieku połowa terytorium Goa i cały Meksyk oraz Peru nie wyznawałyby dziś prawdopodobnie wiary chrześcijańskiej. Chrześcijaństwo wiele zawdzięcza ludziom walczącym z czasem, a ludziom wewnątrz czasu – pewnie nawet więcej.
My, którzy nie jesteśmy chrześcijanami, możemy nad tym ubolewać – i tak czynimy. Jesteśmy świadomi tego, że wiele bogactw ducha innych niż te zawarte w ewangeliach – wiele prawd starego europejskiego pogaństwa, długo zachowanych w kultach słońca środkowej i południowej Ameryki, bogactw, o których dzisiaj wiemy zbyt mało – zostało straconych dla świata właśnie przez gorliwość religijnych ludzi, przez ich naturę przeciwstawiającą się czasowi (lub przez niepohamowaną moc niszczycielską ludzi wewnątrz czasu), przez takich jak ci, o których wspominaliśmy. Wierzymy jednak, że zapomniane prawdy zostały stracone nie z powodu swoich wad (gdyż są odwieczne), ale z powodu błędów ludzi, którzy powinni ich bronić przed nowymi, wrogimi doktrynami. Wierzymy, że pomiędzy tymi ludźmi za mało było osób walczących z czasem – za mało osób, dla których, stracone teraz nauki, były wtedy wystarczająco żywe, by mogły stanowić podstawę organizacji skupiających społeczności ludzkie przeciwne nasilającemu się nurtowi rozpadu. Za mało też tych, którzy, w celu własnej obrony, przygotowali się do bycia tak bezwzględnymi i wytrwałymi, jak chrześcijanie pragnący ich zniszczyć.
Gdyż żadna organizacja nie może istnieć poza czasem – ponad czasem – i mieć nadzieję, że kiedyś przywróci ludziom wiedzę na temat odwiecznych wartości. Tego świadomi są wszyscy ludzie ponad czasem. By tu i teraz ustanowić, lub starać się ustanowić, lepszy porządek, zgodny z nieśmiertelną prawdą, trzeba żyć, przynajmniej pozornie, tak jak ci, którzy nadal są wewnątrz czasu. I tak jak oni trzeba być gwałtownym, bezlitosnym, destruktywnym – lecz dla innych celów. W tym tkwi tragedia przenoszenia do rzeczywistości snów o perfekcji. Im doskonalszy jest sen – im bardziej oddalony od możliwości osiągnięcia sukcesu w tym upadłym świecie – tym bardziej bezwzględne metody muszą stosować ci, którzy szczerze pragną narzucić go ludziom, zbyt późno lub… zbyt wcześnie.
Z taką wiedzą prawdziwi ludzie ponad czasem pierwsi zrozumieją i docenią szczery wysiłek swoich uczniów walczących z czasem, jakkolwiek „okropne” może to wydawać się zwykłym ludziom – ani dobrym, ani złym. Chrystus u Dostojewskiego nic nie mówi. Cóż mógłby powiedzieć? Nie da się powiedzieć niczego, co byłoby zrozumiałe dla przywódcy wojującego kościoła. Dla Inkwizytora Chrystus zawsze będzie tajemnicą. Ale Chrystus rozumie Inkwizytora i ceni jego miłość. Przed opuszczeniem więziennej celi – i świata, w którym panuje czas – ucałuje go.
Jak zauważyliśmy powyżej, żaden człowiek poza czasem nie może znacząco wpłynąć na społeczeństwo ludzkie, jeśli nie posiada takich uczniów, lub jeśli sam nie jest gotowy zostać człowiekiem walczącym z czasem. Ponieważ możliwe jest być człowiekiem ponad czasem pod względem osobistego światopoglądu, oraz człowiekiem walczącym z czasem pod względem swojej działalności na świecie. Wszyscy naprawdę wielcy i kreatywni ludzie walczący z czasem posiadają te dwie cechy: są ludźmi z wizją i świadomością ponadczasowych prawd, lecz są także ludźmi do głębi poruszonymi rażącą różnicą pomiędzy idealnym światem, opartym na tych prawdach, i rzeczywistością, w której żyją. Są ludźmi, którzy nie mogą, po tym, co widzieli i czego doświadczyli, pozostać odciętymi od czasu w swoim własnym wewnętrznym raju, ani żyć tak, jakby wszystko było w porządku. Muszą poświęcić całe swoje życie i całą swoją energię kształtowaniu rzeczywistości zgodnie z ich wizją prawdy. Jednym z tych ludzi był wojowniczy Prorok Mahomet, który wyśnił sobie teokrację na świecie i zdołał stworzyć wspaniałą cywilizację, która istnieje do dzisiaj. […].
Porównałam ludzi wewnątrz czasu do błyskawicy, a ludzi poza czasem – do słońca. Posługując się tym samym metaforycznym językiem można powiedzieć, że człowiek walczący z czasem jest po części i błyskawicą i słońcem, ponieważ inspirują go ideały Złotego Wieku, głęboko zakorzenione w ponadczasowej prawdzie, i dlatego, że zmuszony jest do posiadania wszystkich praktycznych cech człowieka wewnątrz czasu – by być w stanie bronić tych ideałów na płaszczyźnie materialnej, w wieku ciemności, na przekór mijającemu czasowi. Ponieważ jedyną różnicą pomiędzy nim a tym ostatnim nie są metody działania (one są jednakowe, i nie może być inaczej) ale cel, który dla człowieka walczącego z czasem jest bezinteresowny. Służy temu celowi z bezlitosnym realizmem, ale też, będąc w części również człowiekiem ponad czasem, z obojętnością, jakiej uczy się wojownik w Bhagawadgicie.
Ludzie walczący z czasem niezmiennie odnoszą sukcesy, są rozpoznawani i wywyższani przez miliony, ponieważ tak oni, jak ich zwolennicy, porzucają swoją duszę i stanowczo działają wewnątrz czasu, idąc na ugodę z siłami śmierci. Innymi słowy, ponieważ mają w sobie – tak jak Prorok Mahomet – więcej błyskawicy niż słońca. W przeciwnym razie pokonywani są przez siły ciemności, złamani w swej potędze przez pęd historii, którego nie są w stanie powstrzymać. Taki los czeka wszystkich, którzy są zbyt łaskawi, zbyt łatwowierni, zbyt dobrzy. Tych, którzy za bardzo ufają obcym i własnym ludziom. Tych, którzy nie oczyszczają szeregów swoich zwolenników wystarczająco często i dokładnie. Tych, którzy kochają swoich ludzi zbyt mocno, by podejrzewać ich o niewdzięczność lub prawdziwą zdradę, którzy nie są dostatecznie bezlitośni i czasami oszczędzają swoich uciekających wrogów. Jednym słowem tych, którzy […] mają w sobie zbyt wiele słońca i za mało błyskawicy.
I, jak już powiedzieliśmy, niszczenie i tworzenie są nierozłączne. Nawet najbardziej destruktywni ludzie wewnątrz czasu są na swój sposób kreatywni. Ludzie ponad czasem są na swój sposób destruktywni – pośrednio, tak jak ci pierwsi są kreatywni. Ludzie walczący z czasem są aktywnie, świadomie i ochoczo zarówno kreatywni, jak i destruktywni – jak sam Pan Śiwa – boskie prawo stojące za wszelką zmianą. Jak Niszczyciel, który tworzy cały czas od nowa. I jak Wisznu, Kontynuator, który przynajmniej raz w epoce przybywa jako Kalkin, by doprowadzić do całkowitego zniszczenia świata. W nich wszechświat nieustannie szuka swojego prawa, na przekór niepowstrzymanemu biegowi czasu, który stale oddala go od niego, od początku do końca istnienia kolejnego materialnego objawienia w czasie.
Od tłumacza: Jest to wstęp do książki Savitri Devi The Lightning and the Sun [Błyskawica i słońce], opublikowanej po raz pierwszy w Indiach, 1958.
Źródło: http://feastofhateandfear.com/archives/savitri_01.html
(Tłumaczenie nadesłane. Opuszczenia pochodzą od Redakcji Xportalu.)
* Starałam się zachować styl autorki, który może wydawać się nieco chaotyczny. W niektórych miejscach tekstu pojawiają się nieścisłości (przyp. tłum.).
2 komentarze