Japoński rząd pracuje nad zmianą konstytucji umożliwiającą przekształcenie oficjalnie posiadanych przez to państwo „sił samoobrony” w regularną armię. Klimat polityczny w Japonii sprzyja obecnie takiej zmianie konstytucji bardziej niż kiedykolwiek od zakończenia II wojny światowej. Partia Liberalno-Demokratyczna, na czele której stoi urzędujący premier Shinzo Abe, prawdopodobnie wygra lipcowe wybory do Izby Radców (wyższej izby parlamentu). Wówczas rozpisane ma zostać referendum konstytucyjne. Z sondaży wynika, iż większość Japończyków poprze rządowy projekt.
Japońska konstytucja z 1946 r. powstała w zaledwie tydzień. Tworzący ją amerykańscy urzędnicy i sztabowcy na polecenie generała Douglasa MacArthura, naczelnego dowódcy wojsk okupacyjnych w Japonii, umieścili w niej art. 9, który mówi, że Japonia „na zawsze wyrzeka się wojny jako suwerennego prawa narodu, a także użycia siły w rozwiązywaniu sporów międzynarodowych” oraz nie będzie utrzymywała „zbrojnego potencjału wojennego”. Partia Liberalno-Demokratyczna, która od 58 lat z niespełna czteroletnią przerwą rządzi krajem, rewizję konstytucji postulowała od początku swego istnienia. Debaty i reinterpretacja przyniosły w końcu powołanie państwowych „sił samoobrony”. Choć starannie unika się w nich nomenklatury wojskowej i nie posiadają broni dalekiego zasięgu, wyszkoleniem i wyposażeniem w niczym nie ustępują najlepszym armiom świata. Organem kierowniczym dla „sił samoobrony” jest „urząd obrony” (Boecho), który ma status rządowej agencji (cho), a nie ministerstwa (sho); na jego czele nie stoi minister, lecz dyrektor generalny.
W maju bieżącego roku rząd w Tokio rozpoczął prace przygotowawcze dla transformacji „sił samoobrony” w armię. Planowane jest sformowanie korpusu piechoty morskiej oraz „zwiększenie zdolności sił powietrznych oraz obrony przeciwrakietowej”. Kierujący reformą dwaj byli ministrowie obrony, Gen Nakatani oraz Shigeru Ishiba, zapowiedzieli wyposażenie wojska w taki sposób, by było zdolne do zaatakowania wrogich baz morskich. Shigeru Ishiba wyjaśnia, iż nadszedł czas, by „Japończycy w rozwiązywaniu konfliktów międzynarodowych nie byli zdani wyłącznie na pomoc innych krajów”. Chodzi przede wszystkim o Stany Zjednoczone, które od zakończenia II wojny światowej na Okinawie utrzymują w Japonii największą bazę sił powietrznych na Dalekim Wschodzie oraz 48.000 żołnierzy. Ponadto po raz pierwszy rząd w Tokio chce zastrzec sobie prawo do zbombardowania ośrodków nuklearnych i rakietowych w Korei Północnej.
Sąsiedzi Japonii już teraz zgodnie protestują przeciw przygotowywanej nowelizacji konstytucji.
– Japonia jest jedynym krajem świata, który nie nazywa swych sił armią. To kompletny absurd. – odpowiada im w wywiadzie dla magazynu „Foreign Affairs” premier Abe, zaznaczając, iż ponad połowa Japończyków opowiada się za zmianą konstytucji. Japoński premier chce, by armia nosiła nazwę kokubo gun, czyli Siły Obronne, przy czym słowo gun oznacza pełnoprawne wojsko.
Źródło: „Rzeczpospolita”
Komentarz Redakcji: Dążenie Tokio do otwartej remilitaryzacji Japonii to dowód – nie pierwszy – niepowodzenia polityki Amerykanów, którzy po zakończeniu II wojny światowej wysyłali do kraju kwitnącej wiśni całe sztaby psychologów, by zafundowały pokonanemu narodowi zorganizowane pranie mózgu i poprzez inżynierię kulturową zniszczyły na trwałe wojowniczy etos zakorzeniony w jego tradycjach. Oficjalna odbudowa japońskiej armii może także stać się poważnym argumentem przeciwko dalszemu utrzymywaniu w Japonii amerykańskiej obecności wojskowej, która z roku na rok budzi coraz większy sprzeciw mieszkańców tego kraju. (A.D.)









Jeden komentarz