Innocenty Bocheński: Tomizm, kolektywizm, państwo totalne

Od Redakcji: Katolickie środowiska polityczne współczesnej Polski uzasadnień dla swoich poglądów w filozofii politycznej poszukują z reguły w tomizmie. Interpretują przy tym tomizm z mniejszą lub większą dozą chciejstwa i własnego widzimisię, wyprowadzając z filozofii św. Tomasza a to „republikanizm”, a to „wolny rynek”, a to demokrację albo jeszcze coś z tej serii. Pozwalamy sobie zatem przypomnieć fragmenty rozważań znakomitego przedwojennego tomisty O. prof. Innocentego Marii Bocheńskiego OP (1902-1995), według którego św. Tomasz z Akwinu opowiadał się za „państwem totalnym” czyli „jednokierunkowym”, właściwy porządek polityczny bazuje na „umiarkowanym kolektywizmie”, a optymalny model relacji między państwem a Kościołem urzeczywistniono w faszystowskich Włoszech. Nie podzielając wszystkich sądów autora (np. że państwo jest tworem ludzkim, że „nie ma w państwie katolickim miejsca na równouprawnienie innowierców”, że zbiorowość nie nosi żadnych cech substancji), uznajemy jednak jego głos za znaczący i godny uwagi. (A.D.)

   Państwo nie jest neutralnym bożkiem, który obojętnie przygląda się „prywatnym” zajęciom religijnym swoich obywateli. Państwo jest najwyższą organizacją świecką społeczeństwa i ma za cel zapewnienie obywatelom jak najpomyślniejszego rozwoju życia doczesnego, harmonii i spokoju, to jest tych ram, w których rozwijać się ma życie nadprzyrodzone. Co więcej państwo, samo będąc tworem ludzkim, powinno być przejęte myślą o celu celów wszystkich ludzkich czynności, o Bogu. Nie mogąc bezpośrednio oddziaływać na życie religijne, ma obowiązek postępować jednak tak, aby zawsze, ilekroć Wiara potrzebuje obrony i pomocy materialnej, siły społeczeństwa były do jej dyspozycji. Państwo jest więc, w pojęciu św. Tomasza, pod pewnym względem państwem totalnym: ma swój własny katolicki program i ten program realizuje w miarę sił. Nie ma w państwie katolickim miejsca na równouprawnienie innowierców; nie ma wolności dla dzikiej propagandy niewiary, równie jak nie ma jej dla pornografii. Interes duchowy mas obywateli idzie przed rzekomym prawem wyżycia się zepsutych jednostek i ich wybryki łamane będą, według św. Tomasza, żelazną ręką władzy.

[…]

   Chciałbym podkreślić, że mówiąc „państwo totalne”, mam na myśli państwo, jeśli wolno się tak, wyrazić, „jednokierunkowe”. Ze stanowiska katolickiego państwo nie może regulować wszystkich funkcji kulturowych społeczeństwa, gdyż niektóre z nich podpadają pod wyłączną kompetencję Kościoła. Niemniej jednokierunkowość musi być postulowana.

   Nasuwa się w związku z tym zagadnienie stosunku państwa do Kościoła. Z trzech możliwych koncepcji: podporządkowania Kościoła Państwu, Państwa Kościołowi i koordynacji, ta ostatnia wydaje się najbardziej zgodna z nowoczesną myślą katolicką i najlepsza w praktyce. Może jednak koordynacja nie wyraża stosunku, o który chodzi: będą pewne zakresy, w których Państwo musi podporządkować się Kościołowi, inne w których na odwrót Kościół musi się zgodzić z wolą Państwa. W praktyce pokazuje się, że można doskonale pogodzić oba czynniki, pod warunkiem, by z obu stron istniało zrozumienie potrzeby współpracy. Tak jest na przykład we współczesnej Italii[1], i tak będzie zapewne zawsze, jeśli u rządów będą katolicy.

[…]

   Istnieją, z grubsza rzecz ujmując, trzy teorie społeczeństwa: skrajnie indywidualistyczna, skrajnie kolektywistyczna i umiarkowanie kolektywistyczna. Pierwsza twierdzi, że społeczeństwo jest zbiorem jednostek i niczym więcej; dobro społeczeństwa to zatem akurat tyle, co dobro jednostek aktualnie je konstytuujących. Społeczeństwo ma według tej teorii tylko o tyle sens, o ile może przyczynić się w czymś do rozwoju jednostki. O jakimś poświęcaniu jednostki dla społeczeństwa mowy oczywiście być nie może.

   Według skrajnie przeciwnego poglądu jednostka właściwie nie istnieje, albo raczej jest tylko niesamodzielnym przejawem jakiegoś mitycznego bytu; który nazywa się społeczeństwem; społeczeństwo w tym ujęciu to rodzaj substancji, jakiegoś organizmu, czy Bóg wie czego, którego „częściami” – tak, jak częściami domu są okna, albo częściami samochodu koła – mamy być my. Trzeba dobrze zrozumieć, że owo społeczeństwo kolektywistyczne nie jest zbiorem jednostek, ale czymś znacznie więcej, i że jedynie ono samo faktycznie istnieje; jednostka nie ma więc i nie może mieć żadnych praw.

   Obie te teorie zakładają, mniej lub bardziej świadomie, pewne metafizyczne tezy: pierwsza tezę o nierealności relacji zachodzących między ludźmi i o nieistnieniu tzw. powszechników, druga tezę o substancjalnej naturze zbiorowości.

   Metafizyczną podstawę ma także teza katolicka, według której społeczeństwo nie jest wprawdzie substancją, ale nie jest także tylko zbiorem indywiduów. Opiera się ta teza na dwóch metafizycznych podstawach: z jednej strony na twierdzeniu o istnieniu realnych relacji, z drugiej na umiarkowanie realistycznej teorii powszechników. Według niej, prócz indywiduów jest w społeczeństwie jakiś zbiór cech, które są tymi samymi cechami w każdej jednostce, a z drugiej strony stosunki wiążące jednostki między sobą i – co istotne – z wartościami nie są tylko fikcjami naszego umysłu, ale – nie będąc realnościami w rodzaju substancji, a nawet w rodzaju cech absolutnych – są przecież czymś rzeczywistym.

   Według tego stanowiska istnieją (jako rzeczy) tylko rzeczy jednostkowe, indywidualne; ale te indywidua ludzkie złączone są rzeczywistymi stosunkami, i realizują w sobie rzeczywiste cechy, będące nie tylko ich własnością, ale czymś, co jest wspólne wszystkim. Teoria katolicka – opierając się na takim ujęciu rzeczywistości – z jednej strony pozwala na poświęcanie, w pewnych wypadkach, jednostki dla społeczeństwa, z drugiej zaś pozostawia jednostce określone prawa, twierdzi nawet, że pod pewnymi względami społeczeństwo musi ustąpić jednostce.

   Ustąpić musi przede wszystkim wtedy, gdy chodzi o sprawy porządku religijnego: bo społeczeństwo, choć trwalsze od człowieka, nie jest nieśmiertelne i mija, podczas gdy dusza ludzka nie mija. Gdy chodzi więc o te sprawy, społeczeństwo musi być podporządkowane jednostce. Wszędzie natomiast, gdzie rolę grają zagadnienia kultury doczesnej, społeczeństwo ma bezwzględny prym nad jednostką – tak dalece, że u św. Tomasza z Akwinu wszystko w porządku doczesnym obraca się około społeczeństwa i ma być dla społeczeństwa.

[…]

   Należy tutaj odróżnić dwie rzeczy: życie doczesne człowieka i jego cel ostateczny. Jeśli chodzi o życie doczesne, które jest drogą do celu: według tradycyjnej nauki św. Tomasza człowiek żyje dla społeczeństwa i przez społeczeństwo; winien mu się podporządkować, jak część podporządkowuje się całości, a społeczeństwo ma prawo go nawet zabić, skoro mu szkodzi. Św. Tomasz z Akwinu nie zna – mówią niektórzy – etyki społecznej; ale nie zna jej z tej prostej przyczyny, że u niego cała etyka jest społeczna, jeśli chodzi o porządek przyrodzony. Co do celu ostatecznego: prawdą jest, że człowiek ma się zbawić sam, i że społeczeństwo doczesne, nie będąc nieśmiertelnym, musi mu pod tym względem ustąpić. Ale warto podkreślić, że nawet jeśli chodzi o zbawienie, katolicyzm nie jest bynajmniej egoistyczną teorią zbawienia siebie i tylko siebie. Katolicy wierzą mianowicie w tzw. „świętych obcowanie”, w nadprzyrodzone społeczeństwo, które dąży przede wszystkim do zbawienia świata. Stąd Kościół stawia ponad modlitwą indywidualną – liturgię. Zaś wielcy jego myśliciele mówią, że nikt nie zbawi się, o ile nie potrafi zbawić ze sobą innych.

Źródło: Józef Bocheński, Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim, Komorów 2006, s. 24-25, 71-73, 88-89. Pisownię uwspółcześniono. Tytuł na początku pochodzi od Redakcji Xportalu.  

aquinasbible


[1] Praca O. Bocheńskiego pisana była w latach 1932-1938 (przyp. redakcji Xportalu).

Leave a Reply