Inspektorzy ONZ ds. broni chemicznej późnym popołudniem wrócili do swojego hotelu w Damaszku po odwiedzeniu miejsca domniemanego zeszłotygodniowego ataku z użyciem gazu bojowego – poinformowała agencja Reutera, powołując się na świadka.
Ekipa inspektorów dotarła wczesnym popołudniem na przedmieście Mudamija, gdzie wciąż obecni są członkowie zbrojnych band „opozycji”. Po drodze jeden z sześciu pojazdów w konwoju ONZ został ostrzelany przez niezidentyfikowanych snajperów. Inspektorom nic się nie stało.
Według sekretarza generalnego ONZ po tym incydencie „i mimo bardzo trudnych okoliczności” ekspertom udało się „odwiedzić dwa szpitale i porozmawiać ze świadkami, ocalałymi, lekarzami oraz zebrać próbki”. Ban Ki Mun nie sprecyzował, gdzie dokładnie znajdują się te szpitale.
Zastrzegający sobie anonimowość wyższy przedstawiciel władz USA zbagatelizował zgodę rządu Syrii na przybycie inspektorów ONZ. – Na obecnym etapie jakakolwiek opóźniona decyzja reżimu o dopuszczeniu ekipy ONZ będzie uważana za zbyt późną, by być wiarygodną – powiedział.
To nie jedyny przykład lekceważenia decyzji ONZ przez przedstawicieli państw zachodnich.
Szef francuskiego MSZ Laurent Fabius powiedział w niedzielę, że „nie ma żadnych wątpliwości”, iż za atak z użyciem broni chemicznej na przedmieściach Damaszku ponoszą odpowiedzialność władze Syrii. Wcześniej sugerował to prezydent Francji Francois Hollande.
Brytyjska marynarka wojenna przygotowuje się do udziału w ewentualnym wspólnym z USA zaatakowaniu celów w Syrii pociskami manewrującymi – poinformowały zaś brytyjskie media.
Według cytowanych przez nie źródeł rządowych premier David Cameron będzie kontynuował rozmowy na ten temat z prezydentem USA Barackiem Obamą i innymi przywódcami zagranicznymi. W razie uzgodnienia decyzji o ataku nastąpiłby on w ciągu tygodnia.
Tymczasem rosyjski prezydent Władimir Putin podczas rozmowy telefonicznej z premierem Wielkiej Brytanii Davidem Cameronem powiedział, że nie ma dowodów na to, że syryjski reżim w zeszłym tygodniu użył broni chemicznej – poinformował rzecznik Camerona.
Tymczasem najwyższy duchowy przywódca Iranu, szyicki ajatollah Ali Chamenei oskarżył kraje spoza Bliskiego Wschodu o podsycanie napięcia w tym regionie i potępił wspieranie sunnickich radykałów w Syrii przez niektóre państwa z jej otoczenia.
– Głównym powodem obecnej sytuacji w regionie jest oddziaływanie państw spoza regionu – oświadczył cytowany przez irańską agencję Fars Chamenei podczas spotkania z sułtanem Omanu Kabusem.
Według irańskich mediów, celem wizyty Kabusa w Teheranie mogła być mediacja między Iranem i Stanami Zjednoczonymi. Słowa Chameneia wydają się sugerować fiasko takiej misji.
Zarówno Chamenei jak też inni przedstawiciele najwyższych władz republiki islamskiej regularnie wzywają USA i państwa europejskie do rezygnacji z tego, co określają jako wtrącanie się w sprawy Bliskiego Wschodu z zamiarem podporządkowania go sobie.
Chamenei skrytykował również wsparcie, udzielane przez niektóre państwa regionu sunnickim rebeliantom, którzy walczą z popieranym przez Iran reżimem syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada. W pomoc taką zaangażowały się między innymi Arabia Saudyjska, Katar i Turcja.
– Niestety przy wsparciu niektórych państw regionu utworzono ugrupowanie wahabitów, które jest w konflikcie ze wszystkimi ugrupowaniami muzułmańskimi, ale popierający ten nurt powinni wiedzieć, że ten ogień spali również ich – zaznaczył Chamenei.
(Na podst. PressTV, SANA, PAP oprac. M.P.)
