Od Redakcji: Od dłuższego czasu przybliżamy Czytelnikom Xportalu działalność i idee grup walczących razem z Syryjską Armią Arabską przeciwko wspieranym przez Zachód terrorystom. Po Syryjskiej Partii Socjal-Nacjonalistycznej i ochotniczych oddziałach nacjonalistów arabskich prezentujemy ruch al-Muqawama as-Suria – Syryjski Ruch Oporu. Na jego czele stoi urodzony w Turcji Mihraç Ural, który po wojskowym zamachu stanu w 1980 r. udał się na wygnanie do Syrii. Tam założył Ludowy Front Wyzwolenia Sandżaku Aleksandretty – terytorium, które na mocy układów między w Francją a Turcją zawartych w latach trzydziestych XX w. zostało najpierw wyłączone z francuskich obszarów mandatowych, a następnie przyłączone do Turcji. Syryjski Ruch Oporu wspiera wysiłki zbrojne armii głównie w położnej przy granicach z Turcją prowincji Latakia, gdzie brał udział między innymi w kontrofensywie zakończonej odzyskaniem Kesab. Członkowie ruchu brali także udział w walkach w prowincjach Homs, Idlib i Aleppo. Grupa wedle swoich członków, nie angażuje się w politykę wewnętrzną Syrii, za główny problem uznając wrogów zagranicznych i terrorystów niszczących państwo. Syryjski Ruch Oporu łączy elementy lewicowe – jak antyimperializm wyrażający się m.in. w używaniu wizerunku Ernesto Che Guevary, z syryjskim nacjonalizmem. Chociaż niektóre media przedstawiają go jako „alawicką bojówkę” do Ruchu Oporu należą także sunnici, szyici i chrześcijanie, a organizacja podkreśla znaczenie współpracy Syryjczyków wszystkich wyznań w walce przeciwko wspólnym wrogom. Poniżej prezentujemy tłumaczenie wywiadu udzielonego przez Mihraça Urala mediom tureckim w 2013 r.
Czy Pańskie bojówki tworzą jedynie alawici pochodzenia arabskiego?
Nasze oddziały powstały z reakcji narodu. Nie nazwałbym naszego Syryjskiego Ruchu Oporu bojówką, odnosimy się raczej do tradycji francuskiego Ruchu Oporu przeciwko okupacji hitlerowskiej. Z tego powodu wśród nas obecni są reprezentanci wszystkich grup etnicznych i religijnych. Proporcje alawitów pochodzenia arabskiego odpowiadają ich obecności w regionie.
Czy wśród członków ruchu są obywatele tureccy?
Tysiące obywateli Turcji zadeklarowało chęć walki w naszych szeregach. Obecnie nie możemy jednak przyjąć ich pomocy. Chcemy, aby każdy w swoim kraju działał na rzecz pokoju. Radzimy im sprzeciwianie się neo-osmańskiej polityce dyktatury Erdogana. Nasi towarzysze z Turcji to ci, którzy uciekli z kraju po przewrocie 1980 r. i znaleźli schronienie w Syrii.
Jak ocenia pan decyzję Amerykanów o zaopatrzeniu buntowników w lepszą broń?
Amerykanie od początku byli zaangażowani w tę brudną wojnę. Chcą kontrolować nie tylko surowce naturalne Syrii, ale także zrealizować projekt Wielkiego Bliskiego Wschodu. Po tym, jak Izrael poniósł w 2006 r. klęskę w Libanie, postanowiono zaatakować Syrię bezpośrednio. Amerykanie robią teraz oficjalnie to samo, co nieoficjalnie robili od samego początku.
Od lat zna Pan Abdullaha Ocalana. Czy Partia Pracujących Kurdystanu współpracuje z Syryjskim Ruchem Oporu?
Przewrót 1980 r. spowodował napływ rewolucjonistów tureckich do Syrii która była wtedy najbezpieczniejszą przystanią. Uznaję Syrię za swój prawdziwy dom, także dlatego, że większość moich krewnych mieszkała tu od zawsze. Kiedy tu przybyliśmy dołączyliśmy do FKBDC (Zjednoczonym Froncie Przeciwko Faszyzmowi), w dużej mierze dlatego, że był tam Ocalan.
W tamtych czasach my i Kurdowie staliśmy ramię w ramię. Jednak pojawiły się rozdźwięki, kiedy politycy kurdyjscy w Turcji rozpoczęli proces pokojowy, z którym nie mogliśmy się zgodzić, gdyż był realizacją ambicji Erdogana. Wierzymy jednak, że Kurdowie nie uklękną przed dyktatorem. Widzieliśmy przecież ich duże poparcie dla protestów w parku Gezi.
Czy od początku wojny domowej działaliście w koordynacji z armią syryjską?
Po pierwsze, w Syrii nie toczy się wojna domowa. Obraz taki próbują przedstawić media żądne sensacji. Państwo bez przeszkód funkcjonuje w 13 z 14 prowincji. Ja i moi towarzysze jesteśmy tu, w północnej części prowincji Latakia by uniemożliwiać jej infiltrację przez terrorystów. Niedaleko naszych pozycji, w nadmorskim kurorcie Ras al Basit Syryjczycy spędzają wakacje. Gdyby nie ingerencje z zewnątrz, w Syrii panowałby spokój.
Uznaje się Pana za odpowiedzialnego za atak bombowy w tureckim Reyhanli [w wyniku ataku zginęło ponad 50 osób – Red.]. Czy podtrzymuje Pan deklarację gotowości do odpowiedzenia przed sądem w wypadku zagwarantowania uczciwości procesu?
Tak, w pełni ją podtrzymuję. To dla mnie bardzo bolesne oskarżenie. Nigdy, w żaden sposób nie chciałem skrzywdzić Turków, ani uderzać w państwo. Jeśli zagwarantowany zostanie uczciwy proces, chcę skonfrontować się z rzucającymi oszczerstwa pod moim adresem.
Dziesiątki tysięcy uchodźców, głównie sunnickich Arabów mieszka teraz w prowincjach tureckich graniczących z Syrią. Nie obawia się Pan, że zaburzy to równowagę etniczną i religijną na tych terenach?
Odpowiedź na to pytanie dali już mieszkańcy Hatay, Adany i Gaziantep. Jeszcze przed eskalacją sytuacji w Syrii dyktator przygotował namioty i obozy dla uchodźców przy granicy. I wtedy na całej jej długości rozpoczęła się salaficka infiltracja. Układ populacji tych terenów się zmienia, a naturalizacja uchodźców będzie oznaczać liczne głosy dla Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Z tego powodu ludność zamieszkująca te ziemie od pokoleń przeciwstawia się planom Erdogana.
Obwinia się Pana o zamach w Reyhanli, ale w wywiadzie z tureckim dziennikiem Radikal uznał go Pan za izraelski spisek.
Był to kolejny element wymierzonej we mnie kampanii oszczerstw. To samo działo się w związku z masakrą w Banyas [Gdzie zamordowano co najmniej 77 sunnickich mieszkańców wioski – Red.], którą z całego serca potępiam. To, co się tam stało, było barbarzyństwem. Uważam, że dokonała tego lokalna grupa Frontu al- Nusra, gdyż to dla nich jedyna możliwość by zamienić Latakię w pole walki. Jest prawdą, że byłem tam obecny podczas pogrzebów ofiar, ale moje wypowiedzi zostały wyrwane z kontekstu i wcale nie dotyczyły masakry w Banyas. W czasie samej masakry bylem razem z oddziałami na granicy. Użyte przeze mnie słowa o „oczyszczeniu” odnosiły się do oczyszczenia Latakii z terrorystów, a nie przedstawicieli jakiejkolwiek grupy etnicznej lub wyznaniowej. Po zamachu w Reyhanli winę zrzucono na mnie. Pytam jednak, dlaczego miałbym narażać na niebezpieczeństwo lub zabijać moich sąsiadów, przyjaciół i krewnych? Sam urodziłem się przecież w prowincji Hatay.
Chociaż od 1980 r. mieszka Pan w Syrii, pańska aktywność, zwłaszcza w mediach społecznościowych, prowadzona jest w języku tureckim.
W Syrii jestem oficjalnie uznany za uchodźcę. Widzę ją jako swój dom, gdyż region Antakya (turecka prowincja Hatay) jest historyczną częścią Syrii. Ale moim językiem politycznym jest turecki, ponieważ ci, do których chcę dotrzeć mieszkają w Turcji. Nawet jeśli przez lata coraz częściej w wystąpieniach politycznych posługuję się arabskim, nie wygasłą we mnie miłość do języka tureckiego.
Tłumaczenie: Redakcja Xportal.pl
