Dwa lata temu odszedł Hugo Chavez; poważna choroba okazała się silniejsza od Comandante. Zawsze miałem do niego wielki szacunek. Był człowiekiem o niezrównanej charyzmie i odwadze osobistej. Tacy jak on wjeżdżają do historii na białym koniu i pozostają tam na zawsze. W każdej, bez wyjątku, epoce historycznej pojawiają się tacy bohaterowie. Żyć w tym samym czasie co oni, znaczy czuć puls historii.
Wieczny optymista, prawdziwy reprezentant kasty wojowników, szlachetny rycerz – raz za razem spoglądał śmierci w oczy. Śmiało rzucał jej wyzwanie. Na całym świecie ma miliony wielbicieli. Obraz Chaveza upodobnił się do obrazu Che Guevary – dla rewolucyjnej młodzieży stał się symbolem nieprzekupności.
Przywódca, który był na „ty” ze śmiercią budzi nienawiść i zawiść biurokratów i liberalnych kosmopolitów. Dla nich Chavez był tyranem i reakcjonistą. Dla pozostałych był symbolem i przewodnikiem. Dla wielu upokorzonych przez możnych był światłem nadziei i symbolem świętej walki o godność i sprawiedliwość. Żył i pracował na przekór losowi.
Hugo Chavez bez wątpienia był fenomenem w światowej polityce. By przezwyciężyć trudności przełamywał stereotypy, kreślił plany, robił wszystko by przebudować świat w oparciu o zasady sprawiedliwości. Przywódca republiki boliwariańskiej dał pozbawionym wszystkiego nadzieję na powrót do procesu historycznego. Ogłosił drapieżny kapitalizm wrogiem postępowej ludzkości: „Albo kapitalizm, który jest prostą drogą do piekła, albo socjalizm, jeśli chcecie budowy Królestwa Bożego na ziemi.”
Hugo Chavez był w stanie zjednoczyć wszystkie siły antyamerykańskie na świecie: od Ameryki Łacińskiej przez Afrykę do Azji. Budował strategiczny sojusz z politycznym islamem. Był kochany także w naszym kraju. Za to wzięty został na cel przez Stany Zjednoczone i społeczność liberalnych “ekspertów” medialnych. Marionetki opłacane przez Waszyngton miotały na niego klątwy. A on się tylko uśmiechał. Robił wszystko, by powstał alternatywny wobec amerykańskiego imperializmu i liberalizmu biegun ideologiczny i polityczny.
Nazywał swoje dzieło rewolucyjnym. Czy los rewolucjonisty jest lekki? Nie! Jest pełen trudności, pułapek, zdrady… Wielu nie jest w stanie iść dalej. Godni i silni triumfują, dalej krocząc po ciernistej ścieżce. I Chavez poszedł. Śmiało. Po wojskowemu.
Chavez nie wątpił w swoje poczucie misji. Powiedział: „Nie ma usprawiedliwienia dla niechęci wobec tworzenia historii jeśli ma się taką możliwość.”
Dziś wielu ma poczucie straty. Ale wielcy odchodzą. Lecz ich dziedzictwo trwa wciąż promieniując blaskiem który przyciąga najlepszych, naznaczonych znamieniem bohaterów…
Źródło: poistine.org
Tłumaczenie: Redakcja Xportal.pl
Polecamy także zbiór tekstów okolicznościowych opublikowanych na Xportal.pl po śmierci Hugo Chaveza.

3 komentarze