Paweł Wieczyński: Dwa nacjonalizmy – folwarczny i klasowy

Na polskiej scenie politycznej oraz w przestrzeni publicznej coraz silniej akcentowana jest kwestia narodowa. Samo środowisko stricte narodowe jest w ogromnym stopniu podzielone, i to pod wieloma względami. Co do owej silniejszej reprezentacji kwestii narodowej w życiu publicznym – we wspomnianym  środowisku również zdania są znacząco rozbieżne. Chodzi tu między innymi o większą ilość symboli o wymowie patriotycznej czy narodowej w przestrzeni publicznej, ale również o teoretycznie narodowe przedstawicielstwo w polskim parlamencie. Jedni uważają to za największy sukces ruchu od wielu lat, zaś inni podchodzą do zagadnienia w sposób bardziej krytyczny.

Nacjonalizm w dzisiejszej Polsce możemy podzielić na dwa zasadnicze gatunki: folwarczny nacjonalizm oraz klasowy nacjonalizm. W niniejszej rozprawie pokrótce wyjaśnimy oba zjawiska, następnie określimy aktualny stosunek sił, dokonamy rozwinięcia popartego konkretnymi przykładami odnosząc wiele z nich do niektórych z wiodących organizacji o profilu narodowym w Polsce oraz wyciągniemy konkretne wnioski. Otóż ten pierwszy, nacjonalizm folwarczny, bazuje na pewnej konkretnej zasadzie. Jego przedstawiciele są utwierdzeni w przekonaniu, że jeśli zastąpimy zagranicznych kapitalistów polskimi, to nagle nasza ojczyzna stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą. Natomiast ta druga postawa może zostać w skrócie wyrażona myślą, iż wyzwolenie narodowe jest nierozerwalnie związane z wyzwoleniem społecznym. Jak można się domyślić, tak zwany stosunek sił znacząco przeważa na korzyść tej pierwszej opcji. W rzeczywistości ciężko taką postawę nazwać nacjonalizmem – jest to po prostu obrona interesów kapitału przy jednoczesnym wycieraniu sobie gęby ideą narodową – co z kolei jest przyczyną tego, w jakim stanie znajduje się obecnie polski nacjonalizm.

Jeżeli postawy nacjonalistyczne mogą w jakikolwiek sposób stanowić ważny fragment oporu wobec globalnego systemu kapitalistycznego, który rujnuje również nasz kraj od wielu lat, to wówczas wobec tego zagadnienia można przyjąć dwie postawy. Mianowicie można popierać ten system, nie stanowiąc żadnego zagrożenia, a wręcz odwrotnie, będąc jednym z filarów go podtrzymujących. Można również zająć stanowisko zupełnie przeciwne, czyli konsekwentny sprzeciw wobec systemu kapitalistycznego. Jak się jednak okazuje, istnieje tak zwana trzecia droga, czyli pudrowanie kapitalizmu – czy to pod płaszczykiem dwudziestowiecznych bajeczek o dystrybucjonizmie, powtarzanych dzisiaj przez marzycieli-konserwatystów, czy podając kolejny równie częsty przykład, powtarzanej jak mantra katolickiej nauce społecznej, która nie przedstawia jakichkolwiek konkretnych rozwiązań i jest w znacznym stopniu zdezaktualizowana, jak ów dystrybucjonizm. Dlaczego owa doktryna (dystrybucjonizm), a raczej jej promowanie jako alternatywy wobec obecnego status quo jest szkodliwe, szczególnie dla naszej rzeczywistości? Pomijając fakt, iż wywodzi się ona ze świata anglosaskiego – zdecydowanie obcego naszej tradycji – w innym miejscu podałem w dużym uproszczeniu na czym ów szkodliwość polega, więc tylko przytoczę tutaj  fragment: „warto wspomnieć o bardzo popularnych w środowisku nacjonalistycznym bajeczkach o dystrybucjonizmie. Tak zwane upowszechnienie własności mogłoby być skuteczne przy prymitywnie rozwiniętych siłach wytwórczych, istniejących w feudalizmie lub nawet na poziomie stosunków wczesnokapitalistycznych. Obecnie zdecydowana większość aparatu produkcyjnego wymaga ogromnych nakładów kapitałowych, a co za tym idzie, wysokiego stopnia centralizacji kapitału, więc niemożliwe jest, aby każdy produkował na własną rękę. Chyba że ktoś ma ambicje cofnąć rozwój techniki. Dalszy rozwój sił wytwórczych, czyli postęp techniczny, będzie sprawiał, że coraz mniej sektorów będzie się nadawało do dalszej koegzystencji z własnością prywatną środków produkcji. Co więcej, powrót do wczesnokapitalistycznych stosunków produkcji, gdzie występował dużo większy stopień upowszechnienia własności, mogłoby doprowadzić do ponownej akumulacji i centralizacji kapitału.”(1-https://kierunki.info.pl/2016/05/maria-pilarczyk-pawel-wieczynski-swieto-pracy-a-nacjonalizm/). Co do wspomnianej mantry, to warto zauważyć, iż niektóre źródła twierdzą, że zinstytucjonalizowana doktryna katolicka jest nieporównywalnie odległa od pierwotnego chrześcijaństwa, ciekawie i w sposób twórczy argumentując swoje stanowisko(2-http://lewicowo.pl/komunizm-w-pierwotnym-chrzescijanstwie/). Zaś obecny stan Kościoła katolickiego pozostawia wiele do życzenia – mimo to wciąż wiele osób, uważających się za nacjonalistów jest w stanie zrobić wiele, by bronić interesów Watykanu – niejednokrotnie przedkładając to nad wszelkie inne segmenty działalności czy aktywności.

Podczas dyskusji na rozmaite zagadnienia między różnymi jednostkami czy grupami często bywa tak, że dochodzi do sporów ideowych ze względu na niejasno sprecyzowane  pojęcia. Osoby o zbieżnych postulatach mogą wejść w spór tylko dlatego, że różnie określają owe postulaty. I tu podamy konkretne z nich dotyczące kwestii społeczno-gospodarczych, a które powinny być filarami nowoczesnej myśli narodowej: nacjonalizacja aparatu produkcyjnego – czyli oddanie wytwórczości w ręce narodu, reprezentowanego przez silne państwo oraz sprawiedliwy podział dóbr między członków narodu lub obywateli państwa będącego wyrazicielem interesów danego narodu. Teraz roboczo nazwijmy doktrynę mającą za fundament owe elementy: socjalizm – mając jasno sprecyzowane pojęcie, w takim oto znaczeniu będziemy się nim posługiwać w niniejszej rozprawie. Jak pisał jeden z autorów aktywnych wśród nacjonalistycznej publicystyki – nie ma nacjonalizmu bez socjalizmu (cóż, że później gdy zaczęły się krystalizować antykapitalistyczne postawy w dużej syntezie z kwestią narodową – ów autor zaznaczył, że jego „socjalizm” to tylko zabieg semantyczny, a nie ideologiczny(3- http://www.nacjonalista.pl/2016/05/31/zbigniew-lignarski-jaki-antykapitalizm/) – aczkolwiek sama podkreślona wyżej maksyma jest trafna i słuszna sama w sobie). W wielu kręgach bardzo często podkreśla się, iż socjalizm jest doktryną internacjonalistyczną, więc jest sprzeczny z nacjonalizmem. Jak jednak słusznie zauważyli nasi ideowi koledzy odwołujący się do alternatywnych źródeł polskiej myśli narodowej (Nacjonalistyczne Stowarzyszenie Zadruga)– chrześcijaństwo jest o wiele bardziej internacjonalistyczne niż socjalizm, a mimo to jest notorycznie łączone z ideą narodową. Co więcej, bzdurą jest twierdzenie, że socjalizm jest w sposób immanentny oparty na jakiejkolwiek idei internacjonalistycznej, ale również bzdurą jest twierdzenie, jakoby internacjonalizm był sprzeczny z nacjonalizmem. Są to idee znakomicie uzupełniające się.(4-https://xportal.press/?p=22252) Wymienione wyżej postulaty, której obraliśmy za fundament, nie determinują jeszcze w jakikolwiek sposób postawy internacjonalistycznej, a skupiają się na wewnątrznarodowej formie aparatu produkcyjnego i dystrybucyjnego. Jedną z postaw cechujących wspomniany nacjonalizm folwarczny jest właśnie szowinizm narodowy – czego najlepszymi przykładami są obywatele państwa Izrael czy zdecydowana większość polskich narodowców. Z kolei współpraca między narodami cechuje nacjonalizm klasowy. W tej drugiej kategorii zdecydowanie bliższa jest więź z robotnikiem z sąsiedniego kraju, który będąc w podobnej sytuacji, równie toczy bój o wyzwolenie społeczne i narodowe, niż więź z rodzimym kapitalistą, który jest w stanie działać wbrew lokalnej klasie robotniczej, kierując się własnym, partykularnym zyskiem. Nawet jedna z najsłynniejszych pieśni socjalistycznych, Międzynarodówka, ma za przekaz współpracę między narodami, a dokładniej między robotnikami różnych narodowości. Nie ma na celu absurdalnego zamysłu negowania istnienia narodów, co często występuje w środowiskach anarchistycznych czy trockistowskich, a co z kolei jest im słusznie wytykane przez środowiska uważające za ważny element kwestię narodową. Narody istnieją obiektywnie i jest to fakt niezaprzeczalny, a można i należy wykorzystać twórczo ten fakt do pryncypiów rewolucyjnych. Wśród pracowników najemnych można często zauważyć brak poczucia więzi klasowej w skali globalnej – co widać chociażby na przykładzie przepaści, jaka dzieli przeciętnego robotnika polskiego i norweskiego. Dyskwalifikuje to z miejsca wszelakie brednie o rewolucji światowej, a zmusza do refleksji nad podjęciem promowania postaw socjalistycznych oraz w dalszej perspektywie budowy socjalizmu tu i teraz. Nie wyklucza to jednak całkowicie internacjonalizmu – owa rewolucja narodowa może i powinna przebiegać równolegle w krajach znajdujących się na podobnym obszarze oraz będących w zbliżonej sytuacji społeczno-gospodarczej – w przypadku całkowicie odosobnionego wyrwania się z łańcucha kapitalistycznego na obecnym poziomie rozwoju tegoż systemu musi skończyć się to imperialistyczną inwazją, jak pokazuje historia najnowsza. Jak mawiał Kim Ir Sen „każdy naród musi dążyć do tego, aby samodzielnie pchać naprzód rewolucję” – warto jednak pamiętać, by nie zamykać się na zewnętrzną współpracę, szczególnie dzisiaj, gdy żyjemy w świecie jednobiegunowym i póki co brak jest jednolitej i wyrazistej przeciwwagi dla atlantyckiego hegemona.

Skoro poruszony został powyżej temat hegemona, to warto przypomnieć, że wraz ze zwycięstwem paradygmatu liberalnego w skali globalnej, wszelkie dychotomie polityczne, które były jak najbardziej na miejscu w wiekach ubiegłych, dziś tracą zupełnie na znaczeniu, a w ich miejsce potrzebna jest nowoczesna synteza, dopasowana do wyzwań XXI wieku, w oparciu o najbardziej fundamentalne prawa dialektyki, a w dużej mierze wyrażona przez czwartą teorię polityczną. Upadek klasycznych schematów dotyczy między innymi popularnej, ale w dużej mierze zdezaktualizowanej dychotomii prawica-lewica. W wielu bardziej myślących oraz ambitnych środowiskach często podkreśla się anachroniczność tego podziału, który sam w sobie wywodzi się z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Tak to prawda – podział ten jest przestarzały i całkowicie nieaktualny – jednak  wciąż mocno zakorzeniony w powszechnej świadomości oraz stale podtrzymywany w niej przez wszelkiego rodzaju media. Co więcej, praktycznie każde środowisko zajmujące określone stanowiska choćby w najdrobniejszych kwestiach jest automatycznie szufladkowane wedle tego schematu. Warto to w tym miejscu zaznaczyć ze względu na walor praktyczny, o którym będziemy dalej mówić. W dyskusjach wśród ludzi bardziej uświadomionych politycznie powinniśmy jednak jak najbardziej odchodzić od tego podziału oraz oddalać od niego resztę społeczeństwa poprzez podsuwanie odpowiedniej i konkretnej alternatywy. W sytuacji, w której żyjemy we wspomnianym paradygmacie liberalnym, świetnie pasuje jedna z nich, którą wyraził mój osobisty autorytet, Eduard Limonow: nie ma dziś prawicy i lewicy – jest tylko system i jego wrogowie”. Również w naszych rodzimych środowiskach narodowych często powtarza się coś w stylu „nie jesteśmy ani prawicą ani lewicą, jesteśmy ponad tym podziałem, jesteśmy nacjonalistami”. Często jednak kończy się to na mądrym gadaniu jednostek wiodących, natomiast masa działaczy mająca stanowić awangardę narodu nagminnie utożsamia się z prawicą lub jeszcze częściej z jej skrajną odmianą – dość osobliwą, bo ciężko ją usytuować na duginowskim aeropagu, gdyż jej apologeci reagują w sposób negatywny – w stopniu od umiarkowanego do skrajnego – na wszelkie postawy powszechnie kojarzone z lewicowością w jakimkolwiek przejawie. Wraz z pozyskiwaniem przestrzeni publicznej przez szeroko rozumiany przekaz narodowy, wiodące organizacje zapragnęły odrzucać od siebie łatkę prawicowości, jednak jak wspomniano, gdy przychodziło do konkretów to owa prawicowość była podkreślana i często przeciwstawiana postawom lewicowym – uważam to jednak za wzgląd praktyczny, czyli wymienione wyżej zakorzenienie w społeczeństwie oraz podtrzymywanie przez media. Co więcej, gdy przedstawiciele organizacji o profilu narodowym są zapraszani do telewizji czy radiostacji, wówczas niejednokrotnie rozmowa toczy się wokół zagadnienia skrajnej prawicy. Na tym między innymi polega podtrzymywanie anachronicznego podziału przez media – na przykład debata zatytułowana „czy Polsce zagraża skrajna prawica?”. Od osób reprezentujących środowiska narodowe brak jakiekolwiek sprzeciwu wobec określania ich mianem prawicy, mimo iż poza mediami często jest to podkreślane wedle wyżej wymienionych formułek. Gdy retoryka narodowa dojrzewała przyjmując prospołeczne postawy, zapragnięto zbliżyć się do środowisk określanych jako lewicowe. Zazwyczaj ograniczało się to jednak do tego, że ktoś z jakiejś organizacji wypił wódkę z przedstawicielem pewnego prospołecznego pisma, nie popadającego w jakikolwiek radykalizm, które zresztą bardzo szanuję i prenumeruję, którego z kolei redaktor naczelny w dość ostrych słowach, delikatnie mówiąc obraźliwych (!) wypowiadał się o tejże organizacji po jednej z jej hucznych uroczystości. Gdy jednak inne jednostki nawiązały kontakty z mniej umiarkowaną powszechnie pojmowaną lewicą, zarówno na niwie personalnej, jak i tworząc pewien awangardowy projekt, wówczas na tych osobach wieszano psy i wracano do punktu wyjścia. Czasami warto zrobić krok do tyłu, aby potem zrobić dwa kroki do przodu – gorzej jednak, gdy robi się dwa kroki do tyłu, aby potem wykonać tylko jeden krok do przodu.

Wróćmy do wspomnianego na wstępie i powtórzonego powyżej przejęcia przestrzeni publicznej przez symbolikę narodową tudzież patriotyczną. Wiele osób uważa to za sukces, często mówi się, że wręcz największy sukces powojennego ruchu narodowego w Polsce. Ja zaś osoby, które tak twierdzą uważam za skażone chociaż w pewnym stopniu folwarcznym nacjonalizmem. Może i fajnie, że zaczęto podkreślać naszą tożsamość narodową, ale zjawisko ma w sobie kilka negatywnych efektów i to dosyć poważnych. Po pierwsze – zarabiają na tym głównie kapitaliści, produkujący ową odzież i wykorzystujący tak zwaną modę na patriotyzm – a to z kolei wiąże się z kolejnym aspektem, który pragnę podkreślić. Nawet jeśli ów przemysł odzieżowy nakręca naszą wewnętrzną gospodarkę, to jednak ciężko powiedzieć, aby był w polskich rękach – owi burżuje nie kierują się interesem narodowym, lecz własnym interesem klasowym. Mianowicie owi przedsiębiorcy czy owe marki o profilu patriotycznym często wprowadzają w ową przestrzeń publiczną dosyć wątpliwe wzorce. Czy warto pałać entuzjazmem, dlatego że motywy z Che Guevarą zostały zastąpione z majorem Łupaszką? Osobiście dość mocno w to wątpię. Powszechne informacje przekazywane nam przez systemową propagandę zarówno na temat jednej, jak i drugiej postaci są w dużym stopniu zakłamane. Wiele osób i środowisk próbujących uchodzić za awangardę poddaje się tejże propagandzie i nie szuka informacji na własną rękę, zamyka się w stereotypach, natomiast prawdziwa awangarda wychodzi poza utarte schematy i próbuję dostrzec tą drugą, jaśniejszą stronę medalu.(5-https://xportal.press/?p=15567) Ciągnąc dalej temat wątpliwych wzorców, warto zwrócić uwagę, iż jeśli na symbolice patriotycznej pojawiają się elementy związane z gospodarką lub ze znanymi postaciami historycznymi związanymi w jakikolwiek sposób z naukami ekonomicznymi – to wówczas mamy zawsze do czynienia z ekonomistami liberalnymi. No ale to powinno być oczywiste – ci, którzy zarabiają na tym, nie będą promować postaw sprzecznych z własnym, zarówno partykularnym jak i klasowym interesem.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden rzekomy sukces polskiego ruchu narodowego. Mianowicie chodzi o grupkę posłów skupionych wokół dziwnego tworu jakim jest partia o nazwie Ruch Narodowy, a którzy dostali się do parlamentu z list Kukiz15. Czy jest to rzeczywiście sukces w jakimkolwiek stopniu? Moim zdaniem jest to porażka i kompromitacja, że środowisko nacjonalistyczne w Polsce jest kojarzone z takimi osobami jak Adam Andruszkiewicz, Robert Winnicki czy Marek Jakubiak. O ile ten ostatni jest zwykłym burżujem, który sypnie groszem na jakieś inicjatywy okołopatriotyczne, to pierwszy z nich budzi o wiele więcej kontrowersji. Jeszcze do niedawna pełnił funkcję prezesa Młodzieży Wszechpolskiej – organizacji bardzo często podkreślającej swoją prospołeczność – ów osobnik w lipcu głosował przeciw wprowadzeniu minimalnej stawki godzinowej niezależnej od rodzaju umowy(6-http://autonom.pl/?p=15991 / http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/PrzebiegProc.xsp?nr=600 ). Mniej poważnym wybrykiem tegoż posła, aczkolwiek stawiającym pod znakiem zapytania jego stan psychiczny, jest walka z „okultystycznymi i antynarodowymi” nazwami pociągów(7-http://www.autonom.pl/?p=15547). Tylko czekać na inicjatywę bojkotowania czy nawet palenia banknotów o nominale 10 złotych – wszak Mieszko I nie pochodził z katolickiej rodziny.

Co dosyć często się powtarza, nacjonalizm powinien być nowoczesny i dopasowany do wyzwań współczesności, co wiele osób przesiąkniętych zbyt nadmiernie i w sposób zanadto dogmatyczny duchem konserwatyzmu zapomina. Oczywiście, warto pamiętać o przeszłości i szukać w niej inspiracji, ale do wszystkiego należy podchodzić w sposób dialektyczny. Historia może być jedynie ewentualnym punktem odniesienia, a nie wyrocznią, wskazującą przyszłe szlaki. Trzeba wyciągać wnioski, uwspółcześniać, dokonywać twórczych interpretacji oraz syntez. Zapisać puste karty naszymi nazwiskami zamiast tkwić w wiecznej rekonstrukcji oraz skansenie historycznym. Jeśli już jednak sięgamy do historii, a szczególnie do tych ruchów, które uważamy za naszych prekursorów, warto podchodzić do zagadnienia w sposób selektywny i wybierać te lepsze wątki – historia zweryfikowała, które z nich były rzeczywiście lepsze – dla niektórych osób z dzisiejszego środowiska narodowego niestety historia skończyła się w roku 1945, niekiedy trwając kilka późniejszych lat, podczas których jedyną rzeczywistością były obszary leśne, a zaczęła się na nowo w 1989 roku. Rozwój polskiej myśli narodowej wcale nie zakończył się wraz z drugą wojną światową, a można powiedzieć, że wręcz rozkwitał dalej wraz z końcem tejże wojny (będąc wprowadzanym w praktyce od roku 1956, bo ciężko taką pół-feudalną i multikulturową II RP nazwać państwem o orientacji narodowej), w co byli również zaangażowani przedwojenni działacze narodowi. Niektórzy z nich nawet byli czołowymi postaciami ruchów, które dziś w pewien sposób organizacje rekonstrukcyjne starają się odtworzyć. Przy okazji wystąpień medialnych kładzie się jednak obecnie nacisk na zupełnie inne fundamenty, w dużej mierze wątpliwe w pewnych okresach, całkowicie pomijając te właściwe wzorce. W samej publicystyce pojawia się mnóstwo odwołań do przedwojennej myśli narodowej, brak jednak odwołań do jej odmiany powojennej – natomiast postaci spajające oba okresy nazywaną są zdrajcami, mimo że znając historię tychże postaci widać, iż były one raczej stałe w poglądach (8- http://www.nacjonalista.pl/2010/04/16/przeciwko-kapitalizmowi-antykapitalizm-w-koncepcjach-rnr-falanga/). Skoro padła kwestia wystąpień medialnych, to warto zwrócić uwagę na pewną dosyć regularnie urządzaną hucpę jednej z wiodących organizacji. Hucpę mającą na celu ugrzecznianie wizerunku tejże organizacji, a potocznie zwaną konferencją prasową. Otóż na jednej z nich stanowczo domagano się od jednego z naszych wschodnich sąsiadów przeproszenia nas, Polaków za ludobójstwo wołyńskie oraz postać Stepana Bandery. Jest to oczywiście postulat słuszny, jakkolwiek historyczny, a jego wykonanie mogłoby stanowić jedynie formalność, aby z czystym sumieniem móc nawiązać współpracę z bratnim narodem słowiańskim – oczywiście pod warunkiem, że nie byłoby to skierowane przeciw innemu państwu słowiańskiemu, którego znaczna część wedle eurazjatyckich koncepcji geopolitycznych określana jest mianem Hearthlandu. Jednak gdyby na cały proceder spojrzeć całościowo, w kontekście tego konkretnego środowiska, to można tu dopatrzeć się oznak folwarcznego nacjonalizmu. Czy pospieszono, abyśmy my Polacy przeprosili kolejny naród słowiański za postać kapitana Burego? Choć widać tu nieporównywalną różnicę skali – zaplanowane ludobójstwo versus „przypadkowe” pacyfikacje wsi – na potępienie zasługuje bezmyślne kultywowanie takiej postaci. Przy okazji oficjalnych obchodów upamiętniających  Burego pojawiały się już pewne wątpliwości na ten temat ze strony starszych działaczy narodowych.  Można by oczekiwać takiej postawy od konkretnego środowiska – aczkolwiek ono właśnie organizowało wspomniane obchody ku czci tejże postaci, próbując zaangażować osobę pełniącą funkcję prezydenta – oczywiście pochodzącego z wrogiej nam opcji politycznej. Wszak pewien instytut związany z tematyką historyczną uprawia propagandę na rzecz kontrowersyjnej formacji militarnej, jaką byli tzw. Żołnierze Wyklęci, robiąc to ze względu na obecną władzę, a nie na nacisk sił o orientacji narodowej. Można tu dostrzec (tylko pozornie!) otwartość na inne środowiska – nawet będące ideowymi oponentami czy konkurentami – chęć dyskusji czy współpracy. Niestety, ale w polskim środowisku nacjonalistycznym – i nie mówię tu już o jakiejś konkretnej organizacji, ale o ogóle tejże sceny, bo podobne spostrzeżenie poczynili zrezygnowani działacze rozmaitych fragmentów omawianej sceny – panuje mentalność sekty. I nie ma co dłużej się na ten temat rozpisywać, gdyż mam nadzieję każdy wie o co mi chodzi: każda organizacja uważa się za jedynego depozytariusza właściwie rozumianej sprawy narodowej, a działacze pokrewnych organizacji czy nawet całe organizacje są postrzegane negatywnie. W efekcie lepiej zrobić kilkunastoosobową pikietę i uważać to za swój ogromny sukces na niwie lokalnej niż wspólnie zorganizować kilkusetosobową demonstrację, o której będą mówiły lokalne media, a nie tylko własne profile fejsbukowe. Co do bardziej intelektualnej warstwy, to często postulowane kontakty ze środowiskami o profilu lewicowym w celu wyjscia poza własny kokon, zazwyczaj kończą się jak wyżej wspomniano, na indywidualnych eskapadach alkoholowych.

W Polsce mamy obecnie wiele różnorodnych organizacji o profilu nacjonalistycznym, które na rozmaite sposoby podchodzą do kwestii religii czy mówiąc szerzej, sfery duchowości. Jest to ważny element polityki i na pewno nie stanowi elementu drugorzędnego, co zresztą widać gołym okiem. I zapewne każdy się zgodzi, że znajdujemy się w kluczowym momencie historii – ludzkość potrzebuje duchowej oraz moralnej odnowy. Różne środowiska przedstawią różne recepty oraz koncepcje na taki stan rzeczy. Jednak coraz więcej osób dostrzega, że zachodnie chrześcijaństwo nie jest już w stanie stać się fundamentem pod owe odrodzenie – co zresztą potwierdza nam czwarta teoria polityczna. Obecny stan Kościoła katolickiego, jak wspomniano, pozostawia wiele do życzenia – delikatnie mówiąc. Zaś rekonstrukcje historyczne odwołujące się do przedsoborowia mają porównywalny zasięg  do rodzimowierstwa – nie atakuję tu wcale jakichkolwiek wierzeń, w znacznym stopniu uważam to za sprawę osobistą każdego człowieka. Wiodące organizacje o profilu nacjonalistycznym wciąż usilnie podkreślają swoją katolickość – choć pamiętajmy jak bardzo współczesny katolicyzm, a dokładniej jego główny nurt kojarzony z siedzibą w Watykanie, jest odległy od pierwotnego chrześcijaństwa, które znamy chociażby z kart Ewangelii. Owe organizacje dodatkowo są zafascynowane pewnym badaczem cywilizacji, mianowicie Feliksem Konecznym, który aż zanadto się zachwycał nad wspaniałością (zawsze uważałem, że wątpliwą) cywilizacji łacińskiej. No ale w obronie tejże zgniłej cywilizacji, niektórzy wręcz popadają w syjonistyczną retorykę. Wystarczy tutaj tylko napomknąć dobrze wszystkim znany przykład prawicowego publicysty-syjonisty Rafała Ziemkiewicza, który uważa organizację terrorystyczną Izrael za przedmurze kultury zachodniej i na tej podstawie twierdzi, iż powinniśmy wspierać ten zbrodniczy twór. Jak zawsze uważałem za coś normalnego lekką sympatię do szyizmu oraz szacunek na przykład dla ajatollaha Chomeiniego czy chociażby Hezbollahu, ale również do sunnizmu. Wszak sunnizm stanowi zdecydowaną większość świata muzułmańskiego – jednego z fundamentów Eurazji oraz naszego potencjalnego sojusznika w walce z liberalizmem.  Polscy nacjonaliści z różnych organizacji co jakiś czas podkreślają swoje poparcie dla kwestii palestyńskiej. Palestyńczycy są głównie wyznania sunnickiego – tak samo jak polscy Tatarzy, którzy walczyli pod Grunwaldem. Natomiast folwarczny nacjonalizm w swoim fundamencie zawiera również głęboką islamofobię – bliską wspomnianej retoryce syjonistycznej. I tak pewna znana działaczka jednej z organizacji, o których mowa, wygłasza skandaliczne przemówienie, grając na emocjach zwykłych ludzi i robiąc z siebie celebrytkę. Wracając do stanu obecnego Kościoła katolickiego – w pewnych środowiskach związanych z konkretnymi organizacjami pojawiają się głosy typu „obecny kościół zbłądził” oraz „my jesteśmy jedynymi nosicielami prawdziwej wiary w tym zepsutym świecie”. Co więc stoi na przeszkodzie aby jedyni nosiciele wiary, jak zauważył jeden z internautów, założyli własny kościół z pewnym charyzmatycznym księdzem jako papieżem oraz stolicą apostolską w Białymstoku? Oczywiście można rzec, iż jeśli ktoś się w jakiejś kwestii nie zgadza z hierarchami Kościoła, to nie musi być od razu schizmatykiem. Aczkolwiek tu nie chodzi tylko i wyłącznie o „jakieś kwestie”. Konflikt jest tutaj na dość rozległej przestrzeni – począwszy od wykłócania się o kalendarze liturgiczne, a skończywszy na kwestionowaniu legalności papieża. W tym ostatnim przypadku znamienne jest to, że wielu tzw. narodowców sympatyzujących czy skupionych wokół niedoszłego prezydenta III RP, grozi śmiercią namiestnikowi państwa Watykan oraz nawołuje do jego obalenia. Z kolei sam niedoszły prezydent jest w bardzo dobrych relacjach z organizacją aspirującą do religijnej schizmy. Co więcej – jej działacze w swojej publicystyce nie mogą krytykować tego błazna. Znaczna krytyka spadła na portalach społecznościowych spadła na niego  po niedawnym oświadczeniu, w którym zrezygnował z dalszej działalności w swojej pseudonarodowej organizacji. Tu jednak miał rację (po raz pierwszy się z nim zgodzę), że oficjalne struktury Kościoła katolickiego częściej wyrażają sympatię z tęczową burżuazją niż z narodowcami.

Zmierzając do podsumowania, warto powtórzyć kilka utartych frazesów, mimo to adekwatnych do rzeczywistości, na przykład: polskie środowisko narodowe jest podzielone, brak mu konkretnego programu, a tym bardziej programu idącego z duchem czasów. Od dawna powtarza się potrzebę stworzenia konkretnego programu, zbioru określonych postulatów gotowych do wcielenia w życie – odległego od prymitywnej szopki jaką zaserwował nam Ruch Narodowy, w którym wielu widziało nadzieję, a okazał się wielkim rozczarowaniem. Przede wszystkim historia nie może zastępować nam rzeczywistości, a powinna być jedynie ewentualnym punktem odniesienia, źródłem inspiracji, które jak wspomniano wyżej, trzeba uaktualniać, dopasowywać do XXI wieku oraz wyzwań jakie to za sobą niesie. Czyli trzeba przestawić się z myślenia dogmatycznego na myślenie dialektyczne. Co powtarzam od dawna – należy wychodzić poza utarte schematy – albo będziemy tkwić w skansenie będąc kolejną grupą rekonstrukcyjną albo staniemy się ową upragnioną awangardą. Wyjście poza schematy idzie w parze z otwarciem się na dialog i współpracę, czyli odrzucenie sekciarstwa, czy jak to można ciekawie nazwać – ’grupowego indywidualizmu’, ale niejednokrotnie wymaga również odwagi – chociażby w takim wymiarze, aby opuścić swój dobrze wygrzany kokon i wyjść na świeże powietrze. Czasami trzeba zebrać się na odwagę i zrewidować swoje poglądy w oparciu o własną wiedzę, zdrowy rozsądek i w zgodzie z własnym sumieniem, niż być indoktrynowanym przez poglądy odciągające uwagę od realnych problemów. Należy szukać inspiracji w miejscach, w których nikt by się tego nie spodziewał i dokonywać twórczej adaptacji. I co najważniejsze – odrzucenie liberalizmu w każdej postaci i piętnowanie wszelkich odchyleń liberalnych – budowanie szerokiego frontu na bazie antyliberalizmu integralnego, wcale niekoniecznie odrzucając podmiotowość własnego środowiska.

Paweł Wieczyński

14340020_244120322656051_353057125_o

Jeden komentarz

Leave a Reply