Erika Steinbach, niegdyś znana aż za dobrze w Polsce przewodnicząca niemieckiego Związku Wypędzonych, a obecnie bezpartyjna posłanka do Bundestagu (wcześniej z ramienia CDU), wywołała w Niemczech burzę medialną, protestując publicznie przeciwko zapowiedziom wyrugowania z życia społecznego wszelkich form pozytywnej pamięci o Wehrmachcie, które niedawno padły z ust kierującej ministerstwem obrony Ursuli von der Leyen. Tę ostatnią rozsierdziła seria „skandali” w szeregach Bundeswehry, czyli przypadków ujawnienia, że w armii RFN jakimś cudem uchowali się jeszcze niemieccy patrioci, zamiast kosmopolitycznych „obrońców praw człowieka” bez ojczyzny.
Von der Leyen zapowiedziała zmianę patronów koszarów, które często wciąż noszą imiona generałów z czasów Wehrmachtu (straszne!). Oznajmiła też, że jedyna tradycja historyczna, na jaką może się powoływać Bundeswehra, to tradycja spisku Stauffenberga i zamachu na Hitlera w lipcu 1944 r. (tak jakby pułkownik Stauffenberg przed zawiązaniem spisku w ogóle nie służył w Wehrmachcie jako zawodowy oficer). Wreszcie, na jej polecenie z gmachu Uniwersytetu Bundeswehry w Hamburgu usunięto fotografię młodego Helmuta Schmidta, przyszłego kanclerza RFN, w mundurze Wehrmachtu. Tę ostatnią decyzję Erika Steinbach skomentowała krótko: Niemcy to dom wariatów. Następnie zamieściła w internecie apel do rodaków o publikowanie starych fotografii swoich krewnych w mundurach Wehrmachtu, dołączając takie zdjęcie swojego ojca. Do rządzących zaapelowała zaś o poszanowanie tradycji niemieckiej armii.
Źródło: rp.pl
Komentarz Redakcji: Mogło się wydawać, że tylko w Polsce politycy i zawołani poprawiacze historii mogli wpaść na pomysł, żeby mścić się na Wojsku Polskim za to, że istniało w pewnym okresie historycznym (PRL) – a tymczasem ich niemieckim braciom w demokracji rzucił się na mózgi ten sam bakcyl. Nie chodzi o relatywizację tego, co wydarzyło się w historii, ale za zbrodnie wojenne popełnione przez stronę niemiecką w Polsce i innych krajach podczas II wojny światowej odpowiedzialni byli zbrodniarze, a nie niemieckie wojsko jako takie przez sam fakt swojego istnienia. Wehrmacht to również poczet wybitnych dowódców (Rommel, Manstein, Guderian i inni), których kunsztu wojennego nie przyszłoby do głowy podważać historykom i wojskowym z innych krajów. Wehrmacht to również konserwatywni generałowie, którzy starali się powstrzymać wojenne zapędy Hitlera (Ludwig Beck, Werner von Blomberg, Werner von Fritsch). Podczas II wojny światowej w Wehrmachcie służył kwiat niemieckiej inteligencji, jak z jednej strony rewolucyjno-konserwatywny pisarz Ernst Jünger, a z drugiej – konserwatywny socjaldemokrata Carlo Schmid, współtwórca konstytucji RFN i zwolennik wprowadzenia do powojennego ustroju Niemiec silnej władzy kanclerskiej. W tradycji Wehrmachtu jest więc wiele elementów, z których Niemcy jako naród mają prawo być dumni, a sprowadzanie jej całej do zbrodni i zbrodniarzy jest intelektualną patologią i zwykłym oszustwem. Prawdziwym skandalem jest zaś wyrzucenie z Uniwersytetu Bundeswehry fotograficznego portretu Helmuta Schmidta. Ten socjaldemokratyczny kanclerz Niemiec Zachodnich na politycznej scenie demoliberalnej Europy wyróżniał się pozytywnie jako przedstawiciel orientacji kontynentalnej, dystansujący się od atlantyzmu. I takim pozostał do końca życia (zmarł w 2015 r. w wieku 97 lat), potępiając samowolne zabójstwo Usamy ibn Ladina przez Amerykanów, krytykując Europę za zaangażowanie w ukraiński „Majdan” i nazywając głupotą „sankcje” przeciw Rosji za zajęcie Krymu. Niemieckiej armii zaszczyt przynosi fakt, że ten wybitny polityk nosił jej mundur, a próba wymazania go z historii razem z całym Wehrmachtem przez ministra obrony narodowej w spódnicy to hańba dla państwa. Niemcami nie rządzą dziś Niemcy, tylko wykorzenieni kosmopolici. (A.D.)

Na zdjęciu: Helmut Schmidt w mundurze Wehrmachtu








2 komentarze