Liban: Syryjskie wsparcie lotnicze dziesiątkuje dżihadystów

„Libańskie samoloty zbombardowały pozycje Daesz na obrzeżach Ras Baalbek” – taki nagłówek można było zobaczyć dwa dni temu w libańskich mediach (anglojęzyczna „The Daily Star” i inne, publikujące w j. arabskim). Od razu przyciągnęło to uwagę licznych komentatorów – wiedzących dobrze, że Liban nie posiada własnych sił powietrznych. Szybko okazało się także, że wsparcie lotnicze dla ofensywy armii libańskiej i Hezbollahu przeciwko bastionowi ISIS nie zostało udzielone przez Koalicję pod kierownictwem USA.

Z dostępnych nam informacji wynika, że nalotu dokonało… lotnictwo syryjskie. Nawet pomimo tego, że obecnie wspiera ono ofensywy na kilku frontach – z których najważniejsza obecnie jest odsiecz dla Deir Ezzor.

„To my mamy samoloty bojowe?” – pyta retorycznie jeden z libańskich komentatorów.

Nie po raz pierwszy w tym roku syryjskie samoloty wspierają działania sił libańskich – już we wcześniejszych fazach operacji w Arsal zrzuciły one bomby na pozycje dżihadystów z Hayat Tahrir al-Szam (dawna Al-Kaida). Teraz, po rozbiciu ich enklawy i po przesunięciu się frontu na północ, na tereny pod kontrolą ISIS, syryjskie siły powietrzne kontynuują swe działania. Podobnie działo się już w 2014 roku, w tej samej części Libanu.

Oprócz tego, przy tej operacji prowadzonej w nadgranicznym rejonie, syryjskie siły lądowe ściśle kooperują z organizacją Hezbollah. Taki stan rzeczy potwierdza także Robert Fisk, jeden z najbardziej cenionych korespondentów zachodnich. Jest to niezbędne, aby odciąć terrorystom możliwość wycofania się na terytoria syryjskie – co jest tym łatwiejsze, że kontrolowana przez ISIS enklawa rozciąga się na terytorium obu państw, w trudnym do kontrolowania górzystym terenie poprzecinanym licznymi tunelami.

Nieoficjalnie mówi się także o utrzymywaniu stałego kontaktu między dowództwem libańskich sił zbrojnych a Syryjską Armią Arabską.

Oprócz współpracy stricte militarnej spekuluje się także, że libańskie siły bezpieczeństwa są w stałym (aczkolwiek również ukrywanym przed Zachodem) kontakcie ze swymi syryjskimi odpowiednikami – wymieniając ze sobą informacje na temat ekstremistów, także tych obecnych wśród półtoramilionowej rzeszy uchodźców z Syrii, jaka nadal przebywa w Libanie. Być może to stanowi klucz do wyjaśnienia tego, jakim cudem przy tak wielkiej liczbie uchodźców (obecnych nie tylko w obozach, ale także żyjących i pracujących w wielkich miastach) w Libanie nie doszło do załamania się bezpieczeństwa.

(na podst. Daily Star, civilsociety-centre.org, FB, Twitter oprac. M.M.)

Komentarz: Polskie elity polityczne powinny zwrócić baczniejszą uwagę na to, jak prowadzi się politykę w państwach Bliskiego Wschodu. Jak to możliwe, że Liban – niezbyt zamożny kraj liczący 4 mln mieszkańców, zmagający się od lat z wieloma problemami wewnętrznymi, który przez kilka lat funkcjonował bez prezydenta bo nie było konsensusu – jest w stanie pomieścić 1,5 mln uchodźców syryjskich, a jednocześnie zabezpieczyć się przed totalną destabilizacją? Jak to możliwe, że w dziedzinie wojskowości uzyskuje wsparcie sprzętowe i logistyczne od krajów zachodnich, do tego pomoc na utrzymanie mas uchodźców – a w tym samym czasie potrafi nieoficjalnie współpracować z Syrią, Hezbollahem a nawet podjąć rozmowy z islamistycznym Hamasem? Jaką wiedzę na ten temat wewnętrznej sytuacji Libanu posiadają politycy zachodni – czy nadal są w stanie kontrolować sytuację w tym kraju? Absurdalna, wyśmiewana przez media wypowiedź Trumpa ze wspólnej konferencji z libańskim premierem Haririm (oraz dość oryginalne odpowiedzi tego ostatniego) to zaledwie wierzchołek góry lodowej, odsłaniającej dużo większy problem: amerykańscy (a szerzej mówiąc, zachodni) politycy w rzeczywistości nie wiedzą, co tak tak naprawdę myślą libańscy decydenci. Nie są w stanie rozgrywać pod swoje interesy różnych frakcji libańskich – wyraźnie nie mając już mocy sprawczej, by zapobiec kształtowaniu się dość egzotycznych sojuszy między wczorajszymi wrogami. Najwyraźniej nie rozumieją też samej specyfiki Bliskiego Wschodu, gdzie łatwiej nawiązywać takie alianse – a wczorajszy „śmiertelny wróg” jutro może okazać się najlepszym sprzymierzeńcem (lub na odwrót). Nawet sunnicki premier Saad Hariri (syn premiera Rafika Haririego, zamordowanego w dziwnych okolicznościach w 2005 roku – o co Zachód i wahabickie petromonarchie oskarżyły rząd Syrii) dogaduje się z pionem politycznym organizacji Hezbollah. Toteż dla elit zachodnich nie jest już pewnym partnerem, a jednocześnie nie mają lepszego – z czego sam Hariri zdaje sobie sprawę, i umie to wykorzystać. Osłabienie się wpływów zachodnich na Bliskim Wschodzie jest faktem (który kontrolowane przez zachodni kapitał mass-media usiłują przemilczeć); szczególnie spektakularny był zwrot polityczny irackich władz – Zachód jest tym przerażony, musi intensyfikować wysiłki, by nie stracić wpływów także i w innych krajach BW. Nie mogą być pewni nawet swojego dotychczasowego zausznika, sprawującego władzę w Egipcie gen. Sisiego – zwłaszcza odkąd ów zaczął się otwierać na współpracę wojskową z Rosją. W takim kontekście geostrategicznym stosunkowo mały Liban nabiera większego niż dotychczas znaczenia. Libańscy politycy zdają sobie z tego sprawę. Wiedzą, że taka całościowa sytuacja daje im większe pole manewru – i nie boją się z tego skorzystać. Takiego zmysłu politycznego próżno szukać w Warszawie, centrum „wschodniej flanki NATO” – będącej w o wiele lepszym położeniu, a mimo to drżącej ze strachu przed efemeryczną groźbą „rosyjskiej agresji”.

Traumatyczne doświadczenia libańskiej wojny domowej i późniejsza agresja Izraela (wspieranego przez miejscowych kolaborantów) nauczyły czegoś wszystkie frakcje libańskie – że nie można dać się rozgrywać siłom zewnętrznym. Obecnie decydenci zachodni nie są w stanie przewidzieć kolejnych ruchów polityków libańskich, oraz tego, po której stronie Liban ostatecznie się opowie w powstającym nowym ładzie światowym. To właśnie ta niepewność, podobnie jak prowadzone równolegle rozmowy z przeciwnikami Zachodu, zmusza ich do przedstawiania lepszej oferty w negocjacjach ze stroną libańską – choć i tak nie wiadomo, czy w dłuższej perspektywie politycy zachodni odniosą z tego jakąkolwiek korzyść. Decydenci libańscy wolą nadal trzymać ich w niepewności, gdyż w ten sposób mogą uzyskać odeń więcej. I właśnie tak się prowadzi poważną politykę zagraniczną.

„Bądź sprytny – bądź jak Liban”. (M.M.)

Leave a Reply