W sobotę, 17 września br. miała miejsce tragiczna w skutkach „pomyłka” lotnictwa tzw. Koalicji (pod dowództwem USA): w nalotach przeprowadzonych na pozycje Syryjskiej Armii Arabskiej w Deir Ezzor zginęło około 83 żołnierzy a ponad 120 zostało rannych (wg części doniesień liczba ofiar śmiertelnych w następnych dniach zwiększyła się do ponad 100 osób, w wyniku odniesionych ran). Natychmiast do ataku ruszyło ISIS (najwyraźniej do tego przygotowane), w okolicy uderzenia – Dżabal Tardeh (wzgórze/góra w zachodnim Deir Ezzor) – wypierając osłabione oddziały syryjskiej armii. Jeszcze tego samego wieczoru wojskom syryjskim udało się odbić ten obszar w desperackim kontrnatarciu, prowadzonym przy wsparciu rosyjskiego lotnictwa – jednak w środę 21 września terroryści tzw. Państwa Islamskiego zaatakowali ponownie, w toku całodziennych walk spychając ze wzgórza osłabione oddziały rządowe (już po północy). Obecnie enklawa jest niemalże podzielona na dwie części: z wysokich pozycji ISIS może utrzymywać kontrolę ogniową nad okolicą, prawie odcinając rejon lotniska od głównych sił w centrum miasta. Jeżeli dżihadystom uda się odciąć a następnie zająć obszar lotniska, to życie 150 tys. cywilów (wśród których jest także wielu chrześcijan) znajdzie się w jeszcze większym zagrożeniu, gdyż miasto byłoby atakowane także od strony zachodniej, a dostarczanie jakiejkolwiek pomocy drogą powietrzną dla obrońców miasta byłoby w zasadzie niemożliwe.

Jak się okazało w następnych dniach, w tragicznym „omyłkowym” nalocie uczestniczyły nie tylko maszyny amerykańskie i jedna australijska, ale także brytyjskie (drony „Reaper”); natomiast wspomniane wcześniej dwa F-16 okazały się… duńskie. Oto, jak naprawdę wygląda ta „Koalicja”, do której dumnie i szumnie włączył Polskę nasz obecny rząd: równie dobrze w nalocie obok sił amerykańskich mogły wziąć udział maszyny polskie, zamiast australijskich czy duńskich.
Równocześnie uruchomiono akcję dezinformacyjna w mediach zachodnich: powtarzając twierdzenia, jakoby Amerykanie mieli poinformować stronę rosyjską o zamiarze przeprowadzenia nalotów na wskazanym obszarze. Taki komunikat wydało Dowództwo Centralne USA (US CENTCOM) – twierdząc także, że miejsce nalotu już wcześniej było celem uderzeń dla lotnictwa tzw. Koalicji. Strona rosyjska kategorycznie zaprzeczyła, jakoby miała otrzymać jakiekolwiek informacje nt. planowanych nalotów. Natomiast publicyści syryjscy twierdzą, że Amerykanie kłamią – gdyż wcześniej nie przeprowadzali operacji w rejonie Góry Tardeh (jednak w okolicy miasta miało już miejsce wcześniej nieco mniejsze „omyłkowe” bombardowanie – w grudniu ub. roku).
Nadto, według świadectw syryjskich żołnierzy, którzy przeżyli naloty, USA użyło przeciwko nim bomb kasetowych, zaś dzień wcześniej zachodnie drony latały nad obszarem, dokonując jego rozpoznania (których nie zestrzelono zapewne ze względu na trwające zawieszenie broni – nikt nie spodziewał się tak zdradzieckiego ataku). Na pewno ich uwadze nie uszły także znaczne zapasy amunicji, powiązane z przygotowaniami do poważnej operacji wojskowej: na krótko przed amerykańskim atakiem wojska syryjskie otrzymały znaczne posiłki, liczące kilkaset żołnierzy (niektóre źródła nawet o tysiącu, jednak liczba ta wydaje się znacznie zawyżona), choć bez ciężkiego sprzętu. Wynika z tego, iż amerykańscy wojskowi świadomie zdecydowali się uderzyć w miejscu o znaczeniu strategicznym, ze znaczną koncentracją wojsk i sprzętu Syryjskiej Armii Arabskiej. Nadto, ocalali świadkowie twierdzili także, że uciekających żołnierzy syryjskich zaatakowano z przelatujących na mniejszej wysokości dronów (o wiele lepiej „widzących” rażonych kombatantów, mogących ich zidentyfikować właśnie jako żołnierzy SAA); w relacjach pojawia się także informacja o dwóch helikopterach Apache, jakie miały krążyć nad terenem bezpośrednio po nalocie, zagrażając ostrzałem (nie udało się jednak tego potwierdzić). Operacja powietrzna tzw. Koalicji trwała około godziny (!), zanim akcję przerwano po telefonicznej interwencji rosyjskiego dowództwa (później potwierdził to także prezydent Baszar al-Asad, w wywiadzie udzielonym dla Press TV).
Warto przypomnieć, że owe naloty zbiegły się w czasie z uderzeniami lotniczymi 'Izraela’ w południowej Syrii, który za nic miał postanowienia rozejmowe. Jak ujął to biskup Aleppo w wywiadzie dla watykańskiej agencji prasowej Fides, Syryjczycy nie wierzą w przypadkowość tego typu nalotów. Swe wątpliwości wyraził także Aydin Selja, b. konsul turecki w Mosulu. Przypadkiem nie wydaje się być również fakt, że wiadomość o straszliwej masakrze w czołówkach mediów światowych „przykryto” doniesieniami o zamachach bombowych w USA (zorganizowanych w tak osobliwy sposób, że cała rzecz wydaje się prowokacją służb), a później o rzekomym nalocie na konwój humanitarny jadący do cywilów w Aleppo.
W tle „omyłkowego” nalotu na pozycje wojsk syryjskich tkwi także wewnętrzny spór w amerykańskich elitach władzy, wyrażający się w tarciach między Departamentem Stanu (z Johnem Kerrym na czele) a oficjelami Departamentem Obrony (któremu przewodzi Ashton Carter). Masakra wojsk syryjskich została najprawdopodobniej zaplanowana przez tych ostatnich, by uniemożliwić oficjelom Departamentu Stanu (chcącym uzyskać jakikolwiek „sukces” dyplomatyczny przed zakończeniem kadencji Obamy) wszelkie pojednawcze kroki w stosunku do Rosji i syryjskiego rządu. Jednak w środę 22 września, po hucpie z konwojem humanitarnym rzekomo zbombardowanym przez lotnictwo rosyjskie bądź syryjskie (jak twierdzili Amerykanie w zaledwie kilka godzin po tym zdarzeniu, nie mając żadnych dowodów, ignorując na dodatek fakt, że ataków najpewniej nie dokonano z powietrza) John Kerry na forum ONZ zażądał… zakazania lotnictwu syryjskiemu operowania nad własnym terenem (!), oczekując także od Rosji, że wycofa się z operacji powietrznych nad „trasami humanitarnymi” i wymusi na Damaszku to samo. Natomiast jako warunek kontynuowania „procesu pokojowego” w Syrii określił… wzięcie przez Moskwę odpowiedzialności za rzekomy nalot na konwój. Zestawiając to z dokonaną zaledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej masakrą w Deir Ezzor, aż razi niewiarygodna bezczelność i kunktatorstwo dyplomacji amerykańskiej.
Możliwe, że w najbliższym czasie ujawnione zostaną kolejne szczegóły w sprawie. Jedno jest pewne: z „wojną na górze” we władzach amerykańskich, polityka zagraniczna USA będzie jeszcze bardziej niespójna, nieprzewidywalna i destruktywna dla świata.
Michał Mazur
