Wojska syryjskie, Hezbollah oraz armia libańska kontynuują działania ofensywne, zmierzające do likwidacji enklawy Państwa Islamskiego na granicy obu krajów – w trudno dostępnym, górzystym regionie Kalamun. Walki po obu stronach libańsko-syryjskiej granicy rozpoczęły się przed tygodniem, kiedy libańska armia oraz Hezbollah z armią syryjską rozpoczęły oddzielne (wg oficjalnej wersji), lecz jednoczesne ofensywy przeciwko dżihadystom.
Według jednego z libańskich źródeł wojskowych, na początku ofensywy w enklawie znajdowało się około 500 dżihadystów Daesz.
Wcześniej, pod koniec lipca, wszystkie z wymienionych sił uczestniczyły w likwidacji sąsiedniego gniazda terrorystów Hayat Tahrir Al-Szam – położonego w tej samej okolicy (i również na terytoriach obu państw), na południe od obszaru zajmowanego przez ISIS. Operacja zakończyła się całkowitym zniszczeniem bastionu „syryjskich rebeliantów” i dżihadystów powiązanych wcześniej z Al-Kaidą; pozostali przy życiu na mocy porozumień złożyli broń i zostali przetransportowani do Idlib.
Obecnie, w wyniku intensywnych bombardowań, ostrzału artyleryjskiego i działań wojsk lądowych (rządowych, wspomaganych przez Hezbollah) siły Daesz skurczyły się o ponad połowę – a w syryjskiej części Kalamun terroryści stracili niemal wszystkie pozycje umocnione. Według komunikatu syryjskiego dowództwa, granica została już zabezpieczona. Zniszczono też wiele wydrążonych w skałach tuneli – pozwalających dżihadystom na skryte przemieszczanie się; w połączeniu z siecią dolin i wąwozów wcześniej możliwe było nawet niepostrzeżone przekraczanie granicy.

Natomiast wczoraj organizacja Hezbollah i armia syryjska ogłosiły zawieszenie broni. Weszło ono w życie o godzinie 7 rano czasu lokalnego; ma ono głównie ułatwić stronie libańskiej poradzenie sobie z problemem. Możliwe jest nawet, że syryjski rząd zezwoli na ewakuację dżihadystów do… Deir Ezzor (tak, jak oni by tego chcieli) – byle tylko móc jak najszybciej zakończyć operacje w trudnym, górzystym terenie i przerzucić własne siły zbrojne na wschód kraju. Wcześniej libańska armia ogłosiła zawieszenie broni po drugiej stronie granicy, we własnej ofensywie przeciwko bojownikom ISIS na północnym wschodzie kraju – które weszło w życie również o godzinie 7 rano czasu lokalnego. Oprócz wyrugowania dżihadystów ma ono również ułatwić negocjacje w sprawie uwolnienia libańskich żołnierzy, od 2014 roku przetrzymywanych przez Daesz – podało libańskie wojsko w komunikacie. Szesnastu z nich zostało uwolnionych pod koniec 2015 roku w następstwie długich negocjacji; ISIS przetrzymywało dalej dziewięciu wojskowych.
Libańska armia poinformowała wcześniej, że rozpoczęła negocjacje z dżihadystami. Niestety, wczoraj wieczorem szef libańskiego wywiadu gen. Abbas Ibrahim oznajmił, że znaleziono ciała sześciu libańskich żołnierzy, zakopane w okolicy Ras Baalbek. Ze wstępnych oględzin wynika, iż życia pozbawiono ich dawno temu. Nadal nie jest znany los pozostałych – jednak z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że spotkał ich ten sam los.
Pomimo tego, plan zezwolenia bojownikom Daesz na ewakuację do syryjskiej prowincji Deir Ezzor nie został zarzucony – około 100 terrorystów nie zrobi tam większej różnicy, zwłaszcza gdy już na starcie znajdą się pod gradem bomb. Natomiast dla armii syryjskiej korzystniej byłoby zwalczać ich na wschodzie Syrii, w otwartym, pustynnym terenie – niż pozwalać, by przemykali z Libanu na syryjską stronę granicy, destabilizując sytuację w trudnym do kontroli rejonie Kalamun. Natomiast zluzowanie stacjonujących tam własnych sił, daje też możliwość przerzucenia ich na inne fronty, nie tylko do walki z ISIS – już teraz, po zawarciu zawieszenia broni okazało się, że doborowe siły Gwardii Republikańskiej zostały wysłane na tereny pustyni Badia (arab. Badiya Al-Sham), by walczyć z „umiarkowanymi” islamistami.
Innym powodem negocjacji jest fakt, że ofensywa armii libańskiej posuwa się wolniej – także dlatego, że Liban nie posiada własnego lotnictwa. Nieoficjalnie wiadomo, że w zwalczaniu dżihadystów pomagało im lotnictwo syryjskie. Jednak jego możliwości, w związku z koniecznością wspierania własnych ofensyw na terenie całej Syrii, są ograniczone. Nie istnieje też żaden oficjalny kanał komunikacji między dowództwem armii syryjskiej a ich libańskimi odpowiednikami – zaś władze Libanu, na czele z sunnickim premierem Haririm, oraz chrześcijańskim prezydentem gen. Aounem nie przyznają się do takiej kooperacji. Jednak od czasu do czasu prezydentowi czy innym, lepiej nastawionym do Hezbollah politykom zdarzają się wypowiedzi, z których można wywnioskować, iż doceniają oni wysiłek Hezbollahu na rzecz zabezpieczenia Libanu przed dżihadystami i intrygami obcych państw. Podobnie milczeniem zbywa się fakt, że organizacja wspiera ofensywy obu armii; chcąc utrzymać wsparcie finansowe i pomoc humanitarną z Zachodu, politycy rządu przyznają się tylko do współpracy z pionem politycznym Hezbollahu (który jest również częścią rządowej koalicji parlamentarnej – wchodząc w skład bloku o nazwie Sojusz 8 Marca).

Natomiast Samir Dżadża, lider będących w opozycji Sił Libańskich wczoraj określił nawet rząd w Damaszku jako „gorsze od ISIS”. Skrytykował także Hezbollah za działania na rzecz koordynacji współpracy między Damaszkiem a Bejrutem. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet w Bcharre – jego rodzinnej miejscowości i jednocześnie bastionie wyborczym – wielu ziomków-chrześcijan nie zgadza się tymi słowami. Ogólnie rzecz ujmując, obecnie większość chrześcijan libańskich opowiada się za taktyczną współpracą zarówno z Hezbollahem, jak i z Damaszkiem – priorytetem jest bowiem zniszczenie ISIS i innych fanatyków islamskich. Zmienił się także ich stosunek do USA – przed wybuchem wojny w Syrii wielu z nich darzyło Amerykanów sympatią, jednak wspieranie grup dżihadystycznych i islamistycznych przez amerykańskie władze przekreśliło wszystko.
Zarówno Dżadża, jak i premier Hariri nie lubią zarówno Hezbollahu, jak i syryjskiego rządu – niechęć ta sięga jeszcze czasów libańskiej wojny domowej. Obecnie są bardzo sfrustrowani tym, że wbrew ich życzeniom i deklaracjom (a także wbrew woli Zachodu) współpraca między libańskimi siłami zbrojnymi, organizacją Hezbollah i rządem w Damaszku zaczęła już z zasadzie wkraczać na poziom oficjalny. Obecnie bowiem, w negocjacjach z terrorystami Daesz mówi się o ich deportacji z libańskiej części Kalamun do syryjskiej prowincji Deir Ezzor – co wymaga oczywiście kooperacji z Syrią. I wszystko wskazuje na to, że oba zawieszenia broni, libańskie jak i syryjskie, były koordynowane.
Dwie godziny temu libański korespondent Leith Abu Fadel podawał, że autokary do ewakuacji pojawiły się już na miejscu:
Komentarz Redakcji: Liban to bardzo ciekawy kraj – pomimo różnych problemów, typowych dla krajów arabskich, jest on zdolny do radzenia sobie z różnymi zagrożeniami. Militarnie radzi sobie coraz lepiej, zaś pomimo trudności ekonomicznych mógł zatrzymać u siebie 1,5 mln uchodźców z Syrii (choć samo państwo ma zaledwie 4 mln obywateli). Toteż zamiast wspierać imigrację do Europy, Polska powinna kontynuować pomoc humanitarną dla Libanu – tym bardziej, iż według opinii wielu mieszkańców tego kraju, oraz ekspertów, jest ona bardziej efektywna niż np. francuska czy niemiecka. Należy też podjąć działania, by o wysiłkach polskiego rządu dowiedziała się także reszta świata – dzięki temu można byłoby skutecznie wytrącić oręż z rąk przeciwnikom Polski, głoszącym, że nasz kraj nie podejmuje żadnych działań na rzecz walki z kryzysem. Do tego należy podejmować zdecydowane, dyplomatyczne kroki na wszelkie wrogie działania Izraela wobec Libanu – destabilizacja państwa, w którym nadal musi przebywać tak wielu uchodźców, na pewno by nie posłużyła Europie (ani też samej Polsce).
(na podst. Al-Masdar, PAP, Twitter oprac. M.Mazur)







